Trzynaście tysięcy funtów
Chociaż
brzmi to jak paradoks, to jednak i w spokojnej, praworządnej Kanadzie
trafili się ludzie uprawiający mało zaszczytny, ale barwny i zawsze
fascynujący zwykłego śmiertelnika zawód pirata. Enos Collins, o którym już
tu pisałem, był trochę piratem, a trochę kanadyjskim kaprem. Nie ulega
natomiast wątpliwości, że William Johnston był przede wszystkim piratem.
Po prostu - piratem, złodziejem, bandytą i wandalem. Tyle, że dożył
sędziwego wieku 88 lat, przetrwał swych wrogów i zmarł jako zamożny,
poważany obywatel, a w kraju, który wcześniej łupił, jego czyny uwiecznia
dziś tablica pamiątkowa wystawiona sumptem kanadyjskiego rządu.
Może dlatego, że był także człowiekiem odważnym, barwną postacią,
śmiałkiem, którego nie dawało się zamknąć w żadnym więzieniu, buńczucznym
szaławiłą, który zawsze potrafił wymknąć się mniej sprytnym pościgom. I
miał też piękną podobno córkę, która pomagała mu w ucieczkach i
organizowała dostawy do jego kryjówki w archipelagu Tysiąca Wysp.
Urodził się w Quebeku, w Trois Riveres w 1782 roku. W młodości zajmował
się przewozem różnych towarów w rejonie Kingston - a więc, niejako z
konieczności, także przemytem. Na początku wieku XIX wszyscy mieszkańcy
pogranicza szmuglowali, bo cła ochronne nakładane po obu stronach granicy
były po prostu bezsensownie wysokie. Ożenił się z Amerykanką, więc gdy
wybuchła wojna 1812 roku, władze kanadyjskie zwróciły na niego nieco
więcej uwagi. W końcu trafił do więzienia jako sympatyk Amerykanów, czyli
wroga. Miał tam przebywać do końca wojny, lecz... zbiegł. Zebrał jeszcze
kilkunastu sympatyków republikańskiej Ameryki i przedostał się na stronę
amerykańską. Kolonialne władze Górnej Kanady skonfiskowały więc jego
własność. Przez całą resztę wojny, wściekły na władze brytyjskiej kolonii,
szpiegował dla Amerykanów i uprawiał czyste piractwo na wodach wokół
Tysiąca Wysp. Znał przecież ten rejon jak własną kieszeń.
Po wojnie osiadł w French Creek (dzisiaj Clayton w stanie Nowy Jork) i
kontynuował działalność pirata na wówczas jeszcze całkiem dzikich, nie
zasiedlonych, pełnych różnego autoramentu zbiegów i rozbójników obszarach
Tysiąca Wysp. Jego śliczna podobno córka Kate zasłużyła sobie na przydomek
Królowej Tysiąca Wysp - posługiwała się strzelbą i canoe równie sprawnie
jak ojciec już jako nastolatka.
Po rebelii Williama Lyon Mackenzie w 1838 roku w rejon działania Johnstona
napłynęło mnóstwo niezadowolonych z kolonialnej władzy Anglii niedobitków.
Wraz z amerykańskim renegatem nazwiskiem Rensselaer Van Rensselaer,
Johnston uformował z tego coś na kształt armii. Oficjalnie, celem miał być
atak na brytyjskie kolonie Górnej Kanady, zrzucenie kolonialnego jarzma
Londynu i utworzenie na tych terenach republiki. Zaplanowano ambitny atak
- na główne miasto Górnej Kanady, Kingston i najważniejsze umocnienia
wojskowe w całym kraju, Fort Henry. Johnston nie był jednak szaleńcem. To
się mogło udać. Johnston wiedział bowiem, że forteca nie jest chroniona od
strony jeziora, więc można ją podejść zimą po lodzie. A co więcej - to on
właśnie wymyślił manewr określany później mianem "piątej kolumny". Do
Kingston miała udać się grupa "handlarzy", która w odpowiedniej chwili od
środka zaatakuje załogę.
Zabrakło umiejętności utrzymania planu w tajemnicy. Wszyscy uczestnicy
akcji gadali o tym głośno po amerykańskiej stronie. A trafiła się tam pani
Elizabeth Barnett, Amerykanka, nauczycielka mieszkająca i pracująca w
Kanadzie. Nawet specjalnie nie starając się - poznała plany wraz z
terminem ataku. Nie chciała, by ktoś wymordował jej kanadyjskich
przyjaciół, więc skróciła pobyt, po lodzie przedostała się do Kingston i
ostrzegła - przyjaciół, załogę, miasto. A atak, planowany na 22-go lutego,
został i tak odwołany. Był za silny mróz.
Zrażony do polityki Bill Johnston kontynuował wojnę o charakterze czysto
pirackim - między innymi atakując i porywając najelegantszy, nowiutki
parowiec pasażerski Sir Robert Peel. Łup obliczono na $200,000 - sumę
wówczas astronomiczną (dwa razy więcej niż roczny żołd dla całego wojska w
kolonii). Na głowę pirata nałożono cenę $5500. A jednak nikt go nie wydał.
Johnston był rzeczywiście panem obszaru Tysiąca Wysp. Nawet Sir Allan
MacNab, członek parlamentu i stary wróg rebeliantów 1838 roku, gdy w
drodze do Anglii przejeżdżał przez Watertown, na wszelki wypadek przebrał
się za zwykłego robotnika. Ścigała Johnstona brytyjska armia kolonialna,
ale bezskutecznie. Nic dziwnego - miał w jej szeregach oddanego szpiega.
W końcu, pirata zaczęli ścigać i Amerykanie. Łapali go kilkakrotnie,
wsadzali do więzienia, ale nie mogli go w nim utrzymać. Zawsze zdołał
zbiec. Wreszcie, Johnston postanowił skorzystać z dobrodziejstw
demokracji. Zebrał kilka tysięcy podpisów pod petycją o rządowe
ułaskawienie i pojechał z nią do... Waszyngtonu. Prezydent Van Buren nie
ważył się jej podpisać, ale jego szef Białego Domu, Harrison, któremu
Anglicy nieźle przetrzepali skórę w 1812 roku, był bardziej skłonny do
okazania łaski.
W miarę upływu lat w niepamięć poszły wyczyny starego pirata i William
Johnston spokojnie zarządzał tawerną po amerykańskiej stronie granicy.
Odwiedził go nawet kiedyś przedstawiciel władz Górnej Kanady Sir James
Alexander. Pogadali o dawnych czasach, a William Johnston powiedział
podobno:
"W 1813 roku chodziło mi o 13 tysięcy funtów, które władze kanadyjskie
winne mi były oddać tytułem odszkodowania za skonfiskowaną własność. Nie
chcieliście mi ich wypłacić, to wyrządziłem szkód na ponad cztery miliony.
Warto było?"