Z galerii autorki

Serwisy

Rozmaitości

Tam gdzie Mississippi kończy swój bieg

Ryszarda L.Pelc

Od kilku tygodni po internecie krążą zdjęcia karnawałowe. Oglądamy więc szaleńcze zabawy na Youtube, na pokazach slajdów. Ktoś przysłał “Karnawał w Brazyli”, ktoś inny “Karnawał w Wenecji”.

A u nas w Stanach? Na północy, gdzie mieszkamy mamy też doroczny Karnawał Zimowy. I tylko Ci , którzy  to widzieli, mogą sobie wyobrazić co to znaczy. Z pewnością mieszkańcy Nowego Orleanu  karnawał  kojarzą inaczej.

Ach, choć raz być tam w Nowym Orleanie i uczestniczyć w tych szaleństwach “Mardi Gras” czyli w “ostatkach”.

Tak,  bo karnawał dobiega końca. Parady i zabawy nowoorleańskie owe słynne Mardi Gras przypadają w tym roku 21 lutego.

Piękny jest karnawał w  Nowym Orleanie.

***

Niestety, nie wybieram się by celebrować Mardi Gras 2012. Ale chiałabym przypomnieć to niezwykłe miasto jakim jest Nowy Orlean położony nad wielką, szeroką rzeką Mississippi.

Dzieli ona Stany Zjednoczone Ameryki na  wschόd i zachόd.

Wiadomo na przykład powszechnie, iż “Seattle w stanie Washington jest najpiękniejszym miastem na zachόd od Mississippi “a “ w  Chicago zbudowano kiedyś najwyższy , na wschόd od Mississippi wieżowiec “.

Moje liczne podrόże po Stanach ,  na wschόd i na zachόd od Mississippi  “nauczyły mnie Ameryki”, pozwoliły na poznanie krajobrazόw, niespotykanych gdzie indziej, ludzi podobnych do wszystkich innych  na świecie,  czyli  mądrych i głupich, pięknych i brzydkich, intelektualistόw i “hillbillies”. Poznawałam   ludzi zwykle przyjaznych i podobnie jak my, mόj mąż i ja, ciekawych świata .

Rzeka Mississippi z trudnych do wyjaśnienia dziś powodόw, zawsze mnie fascynowała. Może dlatego, że w młodości , będąc jeszcze w Polsce , słuchałam  przejmującej  pieśni Paula Robsona o “czarnej rzece”?

Ta rzeka , biegnąca zakolami od Minnessoty po Luizjanę długo była przedmiotem moich tęsknot. Po raz pierwszy stanęłam nad brzegami Mississippi w Minnesocie ( był rok 1985),  gdzie  rzeka zaczyna swόj bieg. Stałam zafascynowana, mimo że rzeka wyglądała…  jak rzeka.  Niczym właściwie nie rόżniła się od tylu innych  widzianych przedtem.

 *       *       *

Luizjana jest 41 stanem, ktόry odwiedziłam. Jestem w miescie, w ktόrym Mississippi kończy swόj bieg. Przylecieliśmy z mężem  do Nowego Orleanu  latem . Tyle czasu upłynęło  a wydaje się, że to tak niedawno. Do dziś mam przed oczyma każdy szczegόł tamtej “nowo-orleańskiej  przygody”.

Port lotniczy elegancki i rzecz oczywista, klimatyzowany,  migocący neonami, wabi też  mirażem dalekich podrόży. Opuszczamy przyjemne, chłodne pomieszczenia lotniska. Na zewnątrz owiewa nas gorąca, wilgotna fala  powietrza. Zanurzamy się w niej, w pierwszej chwili brakuje oddechu, ale za moment oswajamy się z  tym. Nasze ciała adoptują się szybko. Co do jednego nie mamy wątpliwości. Jesteśmy w tropiku .

 *       *       *

Nowy Orlean założyli Francuzi w 1718. W 1762 roku znalazł się w rękach Hiszpanόw, by po kilkudziesięciu  latach ponownie wrόcić pod rządy  Francji.

Wkrόtce potem Napoleon, decyduje się na sprzedaż Luizjany, ktόra w 1803 roku przechodzi na własność Stanόw  Zjednoczonych. Transakcja , prowadzona przez wysłannikόw Jeffersona, przyniosła Francuzom  15 milionόw dolarόw.

Rząd federalny USA, biedny jak kościelna mysz, zaciągnął  dług w bankach angielskich i holenderskich. Nowy Orlean od czasu swego powstania przeżywał wiele wstrząsów. Zmieniali się zarządzający, mieszkańcy wymierali na cholerę i malarię, wybijali się nawzajem w czasie rewolucji i w czasie wojen domowych. Walczono przeciwko  Indianom. Nowy Orlean zalewały powodzie i trawiły pożary. Ale miasto odradzało sie jak Feniks  z popiołow.

I teraz patrzę na to miasto; piękne i egzotyczne. Ludzie, architektura, sztuka, kuchnia kreolska i muzyka tworzą niezwykły , niepowtarzalny klimat.

Wyznawcy tajemnej sztuki  “voodoo” odprawiają swe obrzędy i do dziś tańczą w okolicznych lasach, a szmaciane lalki znaleźć można na progach domόw skłóconych sąsiadow. Dzieje się to  w dzielnicach, do ktόrych odwiedzania nikt tu nie zachęca. Nie zapuszczaliśmy się wiec w tamte rejony.Zostaliśmy ostrzeżeni przed niebezpieczeństwami jakie czyhają na poszukiwacza lokalnej “egzotyki”. Postanowiliśmy więc poruszać się tylko w rejonach ‘bezpiecznej”części miasta.

*       *       *

Kolejny nowoorleański dzień zapowiadał sie duszny i upalny, a prognozy nie zostawiały cienia nadziei, iż obejdzie się bez ulewy. “Tropik ma swoje pory deszczowe” pomyślałam pogodnie (!) i zapakowałam pelerynę z ogromnym napisem “Niagara. Ontario incredible”.  Pamiątka z innej fascynującej podrόży do legendarnego wodospadu .

W niedzielę , wczesnym przedpołudniem ulice byly niemal wyludnione. Tylko gdzieniegdzie stali czarni mieszkańcy czynszowych domόw, wsparci o ściany, jakby je podpierając. Jakiś człowiek  z głową okrytą szmatą spał , zajmując swym ciałem niemal cała długość chodnika. Nasz samochόd mijał senne wąskie uliczki i domy z zamkniętymi powiekami okiennic. Balkony z bogato zdobionymi kunsztownymi  metalowymi obramowaniami, ocienione palmami i bananowcami, żywo przypominały miasta na południu Francji. Mijamy park imienia Luis Armstronga, wielkiego jazzowego artysty, ktόry tu zaczynał swoją wielką karierę. Za chwilę pojawia się najstarszy miejski cmentarz. Jest niemal identyczny, jak cmentarze francuskie. Przypomina miniaturowe “miasto” otoczone murem. Ale tu zwyczaj budowania grobowcόw wiąże się nie tylko z wpływami kultury francuskiej. O tym zadecydowało położenie miasta w stopniu największym.

Dowiedziałam się o tym podczas wycieczki jaką wykupiłam by zwiedzić okoliczne plantacje trzciny cukrowej, pamiętajace czasy niewolnictwa.Po drodze mijaliśmy cedrowe lasy, mokradła a w nich gromadnie pływające aligatory.

 Nowy Orlean zbudowano na mokradłach, podobnie jak prowadzące do niego autostrady. Kiedy autobus mijał jeden z cmentarzy  nasza przewodniczka  objaśniła,  że budowanie takich grobowcόw jest tu koniecznością. “Zdarzało się, że kiedy przychodziły powodzie, woda podmywała wszystko  i trumny pływały po zalanych ulicach miasta. Tak więc takie wysoko wzniesione grobowce dają pewna gwarancję, by nie dochodziło  do takich makabrycznych scen .”

Minęliśmy cmentarz, kilka  opustoszałych ulic i sennych placykόw by znaleźć się na Jackson Square, głównym placu dzielnicy francuskiej ( French Quarter).

Plac Jackson Square do roku 1850 zwany był Place d`Armes. Odbywały się tu parady wojskowe a także publiczne egzekucje. Tak więc ten plac, przy ktόrym stoi Bazylika, był kiedyś miejscem  straceń, miejscem gdzie stosowano wymyślne tortury. Plac był świadkiem  człowieczego okrucieństwa i ludzkiego cierpienia. Swiadkami byli też dawni mieszkańcy Nowego Orleanu, ktόrzy tlumnie zapełniali plac by przyglądać się temu.

Dzisiaj ten plac jest popularnym miejscem spotkań, występόw, przechadzek. O każdej niemal porze dnia i nocy mamy tu darmową rozrywkę.

Kolorowo ubrany “błazen” tańczy przed nieliczną publicznością, uliczny grajek wydobywa ze swej złocistej trąbki przejmujące dźwieki. Temu wszystkiemu przygląda się wielka uwłosiona “małpa”, chroniąca się w cieniu jakiejś bramy. Przed nią piętrzy się stos  kolorowych wachlarzy . Oczywiście owa “małpa” to przebrany w futro ktoś, kto pragnie zwrόcić na siebie uwagę, kto chce być konkurencyjny, bo takich ulicznych handlarzy pełno tutaj. “Małpa” ciężko zarabia na życie. W takim futrze na grzbiecie siedziec godzinami w skwarze blisko 35 C to ciężka praca i ogromne poświęcenie.

Liczni artyści zgromadzeni na placu i ulicach go otaczających , zarabiający na swoją gumbo ( rodzaj zupy) malowaniem portretόw , chronią się przed spiekotą w podcieniach dawnych czynszowych domόw  wybudowanych w XIX wieku przez seniorę Pontalba. Była ona sprawczynią skandalu znanego po obu stronach Atlantyku. Otόż baronessa ośmieliła się opuścić swego francuskiego męża i wrόcić z Paryża do swego hiszpańskiego dziedzictwa w Nowym Orleanie. Seniora Pontalba miała nie tylko  głowę do interesow ale też  poczucie estetyki. To jej miasto zawdzięcza zespόł dobrze zaprojektowanych budynkόw,  pomnik bohatera wojny1812 Jacksona a także efektowne obramowania balkonόw w całej dzielnicy. Są one przykładem wspaniałej kowalskiej sztuki zdobniczej.

Z Placu, pasażem imienia Jana Pawła II , przechodzę w stronę katedry św. Ludwika. Krόl francuski Ludwik IX, organizator dwu wypraw krzyżowych jest patronem kościoła. Przy wejsciu do katedry jest tablica upamiętnieniająca pielgrzymkę Ojca Swiętego do Nowego Orleanu.

Orlean był miastem dwu sławnych amerykańskich pisarzy.

W Alei Piratόw pod numerem 624 mieszkał William Faulkner. Tu też żyl i tworzył inny sławny pisarz  Tennessee  Williams. Dla jego uczczenia każdego roku w marcu odbywa się  w Nowym Orleanie kongres literacki. Tramwaj  dalej jeździ ulicą Desire (Pożądanie).

Spacerując uliczkami wokόł Bazyliki wsłuchuję sie w rόżnorodną gamę dzwiękόw i wchłaniam unoszące się w powietrzu zapachy dobiegające z licznych barόw i restauracji. Niedaleko znajduje się reklamowana przez wszystkie przewodniki słynna w nowym Orleanie “Cafe du Monde”. Siadam przy stoliku na tarasie . Po chwili kelnerka przyjmuje zamόwienie i za kilka minut  przynosi cafe au lait i słynne na całe Stany beignet  . Dziewczyna ma uderzająco piękną twarz. Ma kształtny wąski nos, pociągła twarz, czarne duże oczy nieco melancholijne i ciemną niemal czekoladowa skόrę. Porusza się zgrabnie i z wdziękiem. “To pewnie Kreolka” myślę. Związki francuskich i hiszpańskich mężczyzn z kobietami z Afryki i wysp mόrz południowych dały piękny efekt.

 Na chodniku przed kawiarnią pojawia się czarny muzyk z saksofonem. Staje w pełnym słońcu. Jego twarz i szyja błyszczą od potu. Wyciera je wielką kraciastą chustą, a potem chowa ją do kieszeni i już wolno , nabożnie niemal podnosi instrument do ust. Zaczyna grać. Nowy Orlean.KarnawalJest w tej muzyce coś wabiącego. Cichną rozmowy, nawet płaczące niemowlę milknie, a koń zaprzęgnięty do białej karety stojącej u bram Bazyliki przestaje żuć obrok i podnosi glowę. Muzyka nabrzmiewa, wypełnia swym dźwiękiem  drżące od upału powietrze. Zagęszcza je jakby jeszcze bardziej rozpala. Muzyka nabrzmiewa, rośnie, obezwładnia. Rzewne jak skarga tony bluesa płyną nie niepokojone żadnym innym dźwiękiem. Z radością , bez reszty poddaje się temu . Nie  wiem jak długo trwa ten niezwykły koncert . Melodia powoli odpływa na fali gorącego wiewu by zatopić się w brunatnozielonym nurcie rzeki. Nastaje chwila uspokojenia. I oto nagle w tę ciszę , w tę pustkę po bluesie, wdziera się głośny, porywający, gwaltowny marszowy rytm. Z placu przed  kościołem rusza orszak. Połyskują złociście trąbki, migoce banjo, dudni wielki trombon. Znajoma i bliska wydaje się ta melodia. Rozpoznaję to “Kiedy święci maszerują”. Saksofonista stoi chwilę jakby zaskoczony, ale już po chwili i on zaczyna grać tę  melodię. Stara kobieta przy sąsiednim stoliku w takt porusza głową, rękoma, całym ciałem.Wydaje się,  że za chwile poderwie się,  dołączy  do grupy muzykόw i zacznie maszerować w rytm melodii.

Zapanowała atmosfera radosnego podniecenia, wywołanego dźwiękiem trąbek, rogόw bębna, saksofonu. Płynie melodia w powietrzu gorącym i parnym. Ludzie podążaja za muzykami. Nagle pojawia się grupa młodych artystow z twarzami pomalowanymi biała farbą. Twarze-maski. Czerwone wargi, mocno podczernione oczy.  Przybywa ich ciągle, jest ich coraz więcej i więcej. Oglądamy pantomimę; przekazują widzowi ważne przesłanie. “Narkotyki zabijają”. Pochόd kieruje się w stronę rzeki. Zmierzaja ku pamiętającemu dziewiętnasty wiek statkowi tam zacumowanemu. Idę razem z nimi. Po chwili muzycy wsiadają na statek. Na brzegu zostają “twarze-maski” i ja.

Mississippi wolno toczy swe wody. Jest szeroka, wszechogarniająca. Biały statek “Nachez” odbija od brzegu. Ogromne, czerwone koło obraca się rozpryskując wodę.

Nad nami niebo coraz ciemniejsze. Gromadzą się chmury. “Zaraz lunie…” myślę i już czuję pierwsze wielkie krople na twarzy. Chronię się więc przed ulewą w  “Jackson Brewery”, dawnym browarze, dziś znanym domu handlowym. Na jednym ze stoisk można kupić bajecznie kolorowe motyle, kwiaty, anioły, ptaki. Chorągiewki a wsrόd nich polska z napisem “I`m proud to be Polish” . Chodzę tak  od stoiska do stoiska by wiedziona zapachami i zwabiona bagactwem przypraw wejść do Noworleańskiej Szkoły Kucharskiej.

Wyglądam na zewnątrz. Ulewa ustała. Idę więc w kierunku Preservation Hall. To tu grywali najsłynniejsi muzycy, tu narodził się jazz. Jazz w Nowym Orleanie słyszy się wszędzie i dziś. W kawiarniach, na ulicy, z balkonόw domόw, w restauracjach.

Bourbon Street jest miejscem szczególnym, nie można jej pominąc, jeżeli chce sie zrozumieć co  znaczy magia  Nowego Orleanu.

Czas biegnie. Zapada zmierzch. Kończy się dzień spedzony w dzielnicy francuskiej. Siadam przy restauracyjnym stoliku ustawionym na podworzu kamienicy  pamiętającej dwa ubiegłe stulecia. Przypominam sobie stare krakowskie i wrocławskie kamienice  z takimi samymi podwόrkami. Kelnerka przynosi menu. Przebiegam je wzrokiem  i zatrzymuję się przy nazwie “Jambalaya”.

 Ilez to tysięcy kilometrow musiałam przemierzyc by dowiedzieć się,  ze “Jambalaya” to także nazwa dania a nie tylko utwόr muzyczny.

Jazz. Upał. Jakiś rodzaj napięcia ale i przyjemnego odprężenia. Legendarny, tak długo nieosiągalny Nowy Orlean.

Nowy Orlean  pozostanie w mojej pamięci tak jak i rzeka  Mississippi , ktόrą widziałam u jej początku i jej kresu. W Nowym Orleanie Mississippi kończy swόj bieg, zanurzając się w odmętach Oceanu.