Z galerii autorki

Serwisy

Rozmaitości

  • Zithromax For Sale
    March 5, 2022 | 11:52 amCieszy eksplozja wspomnień z Uroczystości Wagnerowskiej na BVI.  Pośród paru setek uczestników conajmniej połowa fotografowała.  Wielu filmowalo i już można znależć na  Youtube kilkuminutowe filmiki. Opowiadają o wydarzeniu tak jak je widzieli:  udekorowana polskimi flagami zatoka Trellis Bay, uroczystośc odsłonięcia tablicy,  wielkie polskie party, msza żeglarska.  Cieszy fakt, że się wszystkim podobało, chociaż nie obyło sie bez kłopotów, o których wiedzą organizatorzy, nie obyło się też bez konfliktu, który był marginalny i niewielu go widziało, jednak spopularyzowany przez internet, zyskał sławę chwilami wręcz przyćmiewajacą  samo wydarzenie. Widocznie tak musi być, gdy rum zaszumi w głowie – wszak to byli zeglarze. Otóż to! Nie byłoby tego wydarzenia, tej skali – gdyby nie paru ludzi z charakterem,  w dodatku – żeglarzy.  Gdyby za przygotowanie Wagnerowskiej Uroczystości na BVI wzięli się ludzie o spokojnym, zrównoważonym charakterze – zapewne nic takiego by się nie zdarzyło.  Spotkały się niespokojne dusze,  ludzie nie za bardzo kompromisowi i... dlatego się wszystko udało.  Im właśnie, tym niepokornym, którzy złamali ciszę wokół Wagnera i doprowadzili do wydarzenia zwanego dzisiaj "Wagner Sailing Rally 2012"  – zamierzam poświecić cykl opowiastek, o każdym z nich. Kpt. Andrzej Piotrowski, żeglarz chyba od urodzenia, wielki patriota i znawca historii Polski, autor książek i dziesiątków artykułów żeglarskich, świetny gawędzierz, poszukiwacz rozsianych po świecie poloników, komandor I Światowego Zlotu Polonijnych Żeglarzy  w 1991 roku w Gdyni, były komandor „Joseph Conrad Polish Yacht Club” w Chicago,  prezydent założonej w 1995 roku Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, i wreszcie -  ojciec  „Wagner Sailing Rally 2012”. [caption id="attachment_4484" align="alignleft" width="300" caption="Beef Island 2002 r. (od lewej J. Kwaśnicki, A. Piotrowski i autor)"][/caption] Byłem świadkiem narodzin tego pomysłu.  Poznaliśmy się w rejsie z Puerto Rico poprzez British Virgin Island na St. Martin na, dowodzonym przez niego, 40-stopowym jachcie „Gemini” w 2002 roku.  Chyba trzeciego dnia rejsu Andrzej wprowadził jacht do Zatoki Trellis Bay na  Beef Island. Mieliśmy tam do załatwienia dwie sprawy:  sfilmować wprowadzenie naszej załogi do Karaibskiej Republik Żeglarskiej i odwiedzić miejsca związane z Władysławem Wagnerem.  Dwa wydarzenia, które „zakręciły” mnie na następne dziesięć lat.  Za sprawą Andrzeja Piotrowskiego. Nie jest łatwo o nim pisać, podobnie jak i niełatwo być jego przyjacielem.  Trudny charakter, twardy facet, bardzo nieustępliwy w obronie swoich poglądów, „jedynych słusznych”, a czasami – dusza towarzystwa. Pamiętam jak na  regatach na Morzu Karaibskim, w których startowaliśmy na „Gemini”,  zwracaliśmy na siebie uwagę jako najbardziej rozbawiona załoga. Potrafi być dowcipny, rozbrajający w konwersacji i zarazem złośliwy do bólu.  Bywa, że trudno z nim wytrzymać.  Jego szczególne poczucie humoru i w jakimś stopniu ideologię, charakteryzuje jeden z pierwszych paragrafów konstytucji Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, który brzmi: „Obywatel KRŻ cieszy się nieskazitelną opinią, którą potwierdza częstymi odwiedzinami barów” oraz kolejny paragraf: „Nie może być obywatelem KRŻ  członek lub sympatyk jakiegokolwiek antyalkoholowego towarzystwa.” Trzeba przyznać, że kryteria przynależności do Republiki są bardzo przez jej obywateli respektowane, a przez jej Prezydenta - w szczególności. [caption id="attachment_4485" align="alignright" width="300" caption="Początki Karaibskiej Republiki Żeglarskiej"][/caption] Andrzej wprowadził mnie w świat wagnerowskiej przygody właśnie na tym rejsie, w 2002 roku i tam też, na niewielkiej rafie w restauracji „The Last Resort” powstał pomysł uświetnienia tego miejsca tablicą. Władysław Wagner wybudował ten dom; naprzeciw, na Beef Island – lotnisko;  dalej – przeprawę promową pomiędzy Beef Island i wyspą Tortola, również i wiele innych domów; stworzył na BVI szkołę żeglarska dla młodzieży amerykańskiej, uruchomił też - mówiąc dzisiejszym jezykiem - aktywność biznesową w tutejszym środowisku. W 1963 roku Wagner wyprowadził się z BVI  do Puerto Rico, tam zbudował i przez kilka lat prowadził stocznię, poczym na emeryturę przeniósł się z rodziną do Orlando na Florydzie.  Tam też, w 1990 roku Andrzej odwiedził go dwukrotnie. Był ostatnim polskim żeglarzem, który spędził z Wagnerem trochę czasu, rozmawiał z nim, część z tych rozmów nagrał. Jest niewątpliwie depozytariuszem Wagnerowskiej Odysei. Pomysł zlotu polonijnych żeglarzy zrodzil się właśnie podczas tych rozmów. Andrzej już widział oczami wyobraźni, jak do portu w Gdyni wpływa flota polonijnych jachtów prowadzona przez „Zjawę III” z Kpt. Władysławem Wagnerem. Prawdopodobnie obaj się do tego pomysłu zapalili. Pomysł - chociaż nie w pełni - wypalił. Aktualni właściciele „Zjawy III”, Anglicy nie byli zainteresowani udziałem jachtu w polonijnym zlocie. A Władek Wagner miał wylew i nie kwalifikował się już do żadnej podróży.  Flotę polonijnych jachtów  wprowadzał  jacht „Solidarity”, z kpt. Andrzejem  Piotrowskim. Na zlot dotarł list od Wagnera do dziś przechowywany jak relikwia przez Andrzeja.  Można powiedzieć, że Wagner był wtedy pośród polonijnych żeglarzy. Zmarł w rok póżniej, w 1992 roku. [caption id="attachment_4486" align="alignleft" width="300" caption=""Branki" i piraci z Karaibskiej Republiki Żeglarskiej na BVI - marzec 2011 r."][/caption] Potem aktywność Andrzeja stale rosła. Trudno jest zliczyć wydarzenia żeglarskie i dziennikarskie, których był autorem,  może ktoś kiedyś podejmie się tego, wcale niełatwego, zadania, bo gdy będzie błądził w gąszczu tych wydarzeń napotka ludzi bardzo do Andrzeja uprzedzonych, starających się pomniejszać wszystkie jego osiągnięcia, zazdrosnych, zawistnych, złych na siebie, że na to nie wpadli, jak również takich, którzy Andrzejowe osiągnięcia  będą wprost zawłaszczali. Znam kilka prób  przypisania sobie zasługi powołania Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, tego, jakże niezwyklego, pomysłu zapowiadającego egzotyczną przygodę. „Eee, co tam, każdy może mieć taki pomysł.” – słyszałem z wielu ust. Na szczęście więcej jest entuzjastów, a lista osiągnięć Republiki jest niemała.  Karaibska Republika Żeglarska lansuje wolne żeglarstwo, nie przypisane do żadnych klubów, żadnych zwiazków czy też organizacji. Nie ma tam wyborów prezesów, zarządów, nie ma głosowania za i przeciw,  za to obowiązkowe jest duże poczucie humoru i dożywotni Prezydent, który w Republice jest jedynym autorytetem przyjmujacym nowych obywateli. Karaibska Republika Żeglarska wydaje swój biuletyn, który jest znakomitym kompendium egzotycznych rejsów, opowiada też o spotkaniach z ludźmi, o których naprawdę warto pisać, pełno tam historycznych opowieści z mórz, no i polonica. Ostatnim Andrzeja  odkryciem jest potomek króla Kazimierza Warneńczyka; Carlos Borges,  mieszkaniec Azorów i cała historia króla, który po bitwie pod Warną zniknął, nie znaleziono jego ciała... Ta tajemnicza historia ma swój dalszy ciąg, o czym można poczytać w biuletynach Republiki. [caption id="attachment_4487" align="alignright" width="300" caption="Prezydent z nową "branką"."][/caption] Nie wiem ile Andrzej napisał książek. Mam pod ręką „Tahiti Challenge”, „Tonga Adventure” i „Kapitańskie reminescencje”. Zwłaszcza ta ostatnia, bardzo osobista,  robi  wrażenie i... jest jakby nie zauważona w naszym żeglarskim środowisku. „E tam, każdy to może napisać.” – słyszę znowu. Prawda. Trzeba tylko mieć literacki talent i dziennikarski pazur. Tematami jego książek są rejsy i wyprawy morskie. Rejestrując je nie po kolei, warto wymienić rejs „Solidarity” kanałami w poprzek Francji, kilkanaście (on sam nie wie ile) rejsów przez Atlantyk na „Gemini” i „Solidarity", oraz na katamaranie „Atlantyk Adventure”. Kilkakrotne wyprawy żeglarskie na wyspy Polinezji, droga wodna z Chicago rzeką Mississipi  do Zatoki Meksykańskiej i dalej – na Karaiby. Wędrówki po archipelagach Azorów, Wysp Kanaryjskich i Karaibów. Przez lata funkcjonowała w Chicago „Mesa Kapitana Piotrowskiego”, miejsce spotkań żeglarskich, gdzie powstawały znakomite audycje radiowe, oczywiście o żeglarskiej tematyce. Do dziś zresztą Andrzej jest gościem polonijnego radia w Chicago.  Pisał do wydawanego w Polsce miesięcznika „Rejs”, dużo drukuje w polonijnej prasie. Andrzej jest typem samotnika mimo, że sam nigdy nie jest. Ani na wodzie ani na lądzie.  Potrafi przyciągnąć do siebie ludzi niewątpliwą sławą i barwnymi opowieściami, którymi bardzo wiąże załągę, a jednocześnie zniechęcić, kiedy ktoś  mu na odcisk nadepnie.  Jestem jednym z tych, którym to wcale nie przeszkadza. Cenię sobie tę znajomość, może nawet – bardzo trudną przyjażń, ponieważ jest to facet, od którego na jachcie można się bardzo wiele nauczyć. No i posłuchać... [caption id="attachment_4488" align="alignleft" width="300" caption="W 1995 r. na tej wysepce (Sandy Key) powstala Żeglarska Republika Karaibska."][/caption] Kiedys pozostał z jachtem "Gemini" sam na Martynice. Ktoś tam nagle zszedł, ktoś nie doleciał, aby mu pomoc przeprowadzić jacht na St.Martin, więc szykował się do podróży sam. Wieczór przed wyruszeniem w drogę spędzał w miejscu, które się najlepiej do tego nadaje; jacht stał na mooring gdzieś tam w zatoce, a nasz kapitan siedział w portowej knajpce z dopiero co poznanym Szwedem, któremu też coś tam z jachtem nie zagrało i miał sporo wolnego czasu. Postanowili wyruszyć razem, ale ponieważ zaprzyjaźnili się, trochę im tam jeszcze zeszło w tym miejscu żeglarskich spotkań. Wreszcie wskoczyli do Andrzejowego dinhgi i ruszyli w kierunku „Gemini”, która oczekiwała w  zatoce, pośród wielu jednakowych ciemnych sylwetek jachtów. Kto kiedyś już wracał nieco spóźniony na jacht ciemną nocą wie, jak niełatwe to przedsięwzięcie – wszystkie jachty jednakowe, prawie ich nie widać a cóż dopiero odczytać nazwę, gdy światła w kokpicie lub na maszcie pozostawili tylko nieliczni. Na początku szło im kiepsko, gdziekolwiek nie podpłynęli to nie był ten jacht. Na domiar złego zgasł silnik a na dinhgi już więcej benzyny nie było. Wioseł też nie. Wyskoczyli więc obaj do wody, jeden ciagnął cumę, drugi popychał  rufę i podpłynęli do najbliższego jachtu, grzecznie zastukali w burtę, ktoś tam wyjrzał i zobaczył pustą dinghi, która ludzkim głosem zapytała gdzie jest „Gemini”. Trudno jest opisać zdziwienie obudzonych żeglarzy, którzy nie mogli odnaleźć  żródła głosu, a poza tym nie mieli pojęcia gdzie stoi „Gemini”. I tak od jachtu, do jachtu... Nad ranem odnaleźli zgubę. [caption id="attachment_4489" align="alignright" width="300" caption="Autor (z lewej) z Andrzejem Piotrowskim"][/caption] Ruszyli w rejs i Andrzej, jak to Andrzej, postanowil Szweda trochę podedukowć. W historii, oczywiście. Jakież było Andrzeja zdziwienie, gdy Szwed okazał się ignorantem i wcale nie wiedział o tym, że korona szwedzka należała się nam, a Karol Gustaw był zwykłym uzurpatorem i w dodatku kryminalistą, który najechał Polskę zbrojnie, ale potem dostał zasłużenie w skórę. Szwed znał zupełnie inną wersje tej samej historii, wiedział, że ten wielki król Szwecji, Karol Gustaw... Musiał przerwać. Andrzej przypomniał mu, że jest na polskim jachcie i głosi tu historie niegodne Andrzeja uszu i  to się nie może dobrze skończyć.... I jak tu Go nie lubić, tego Piotrowskiego... Zbigniew Turkiewicz
  • Buy Retin-A Without Prescription
    September 5, 2021 | 11:51 amCieszy eksplozja wspomnień z Uroczystości Wagnerowskiej na BVI.  Pośród paru setek uczestników conajmniej połowa fotografowała.  Wielu filmowalo i już można znależć na  Youtube kilkuminutowe filmiki. Opowiadają o wydarzeniu tak jak je widzieli:  udekorowana polskimi flagami zatoka Trellis Bay, uroczystośc odsłonięcia tablicy,  wielkie polskie party, msza żeglarska.  Cieszy fakt, że się wszystkim podobało, chociaż nie obyło sie bez kłopotów, o których wiedzą organizatorzy, nie obyło się też bez konfliktu, który był marginalny i niewielu go widziało, jednak spopularyzowany przez internet, zyskał sławę chwilami wręcz przyćmiewajacą  samo wydarzenie. Widocznie tak musi być, gdy rum zaszumi w głowie – wszak to byli zeglarze. Otóż to! Nie byłoby tego wydarzenia, tej skali – gdyby nie paru ludzi z charakterem,  w dodatku – żeglarzy.  Gdyby za przygotowanie Wagnerowskiej Uroczystości na BVI wzięli się ludzie o spokojnym, zrównoważonym charakterze – zapewne nic takiego by się nie zdarzyło.  Spotkały się niespokojne dusze,  ludzie nie za bardzo kompromisowi i... dlatego się wszystko udało.  Im właśnie, tym niepokornym, którzy złamali ciszę wokół Wagnera i doprowadzili do wydarzenia zwanego dzisiaj "Wagner Sailing Rally 2012"  – zamierzam poświecić cykl opowiastek, o każdym z nich. Kpt. Andrzej Piotrowski, żeglarz chyba od urodzenia, wielki patriota i znawca historii Polski, autor książek i dziesiątków artykułów żeglarskich, świetny gawędzierz, poszukiwacz rozsianych po świecie poloników, komandor I Światowego Zlotu Polonijnych Żeglarzy  w 1991 roku w Gdyni, były komandor „Joseph Conrad Polish Yacht Club” w Chicago,  prezydent założonej w 1995 roku Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, i wreszcie -  ojciec  „Wagner Sailing Rally 2012”. [caption id="attachment_4484" align="alignleft" width="300" caption="Beef Island 2002 r. (od lewej J. Kwaśnicki, A. Piotrowski i autor)"][/caption] Byłem świadkiem narodzin tego pomysłu.  Poznaliśmy się w rejsie z Puerto Rico poprzez British Virgin Island na St. Martin na, dowodzonym przez niego, 40-stopowym jachcie „Gemini” w 2002 roku.  Chyba trzeciego dnia rejsu Andrzej wprowadził jacht do Zatoki Trellis Bay na  Beef Island. Mieliśmy tam do załatwienia dwie sprawy:  sfilmować wprowadzenie naszej załogi do Karaibskiej Republik Żeglarskiej i odwiedzić miejsca związane z Władysławem Wagnerem.  Dwa wydarzenia, które „zakręciły” mnie na następne dziesięć lat.  Za sprawą Andrzeja Piotrowskiego. Nie jest łatwo o nim pisać, podobnie jak i niełatwo być jego przyjacielem.  Trudny charakter, twardy facet, bardzo nieustępliwy w obronie swoich poglądów, „jedynych słusznych”, a czasami – dusza towarzystwa. Pamiętam jak na  regatach na Morzu Karaibskim, w których startowaliśmy na „Gemini”,  zwracaliśmy na siebie uwagę jako najbardziej rozbawiona załoga. Potrafi być dowcipny, rozbrajający w konwersacji i zarazem złośliwy do bólu.  Bywa, że trudno z nim wytrzymać.  Jego szczególne poczucie humoru i w jakimś stopniu ideologię, charakteryzuje jeden z pierwszych paragrafów konstytucji Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, który brzmi: „Obywatel KRŻ cieszy się nieskazitelną opinią, którą potwierdza częstymi odwiedzinami barów” oraz kolejny paragraf: „Nie może być obywatelem KRŻ  członek lub sympatyk jakiegokolwiek antyalkoholowego towarzystwa.” Trzeba przyznać, że kryteria przynależności do Republiki są bardzo przez jej obywateli respektowane, a przez jej Prezydenta - w szczególności. [caption id="attachment_4485" align="alignright" width="300" caption="Początki Karaibskiej Republiki Żeglarskiej"][/caption] Andrzej wprowadził mnie w świat wagnerowskiej przygody właśnie na tym rejsie, w 2002 roku i tam też, na niewielkiej rafie w restauracji „The Last Resort” powstał pomysł uświetnienia tego miejsca tablicą. Władysław Wagner wybudował ten dom; naprzeciw, na Beef Island – lotnisko;  dalej – przeprawę promową pomiędzy Beef Island i wyspą Tortola, również i wiele innych domów; stworzył na BVI szkołę żeglarska dla młodzieży amerykańskiej, uruchomił też - mówiąc dzisiejszym jezykiem - aktywność biznesową w tutejszym środowisku. W 1963 roku Wagner wyprowadził się z BVI  do Puerto Rico, tam zbudował i przez kilka lat prowadził stocznię, poczym na emeryturę przeniósł się z rodziną do Orlando na Florydzie.  Tam też, w 1990 roku Andrzej odwiedził go dwukrotnie. Był ostatnim polskim żeglarzem, który spędził z Wagnerem trochę czasu, rozmawiał z nim, część z tych rozmów nagrał. Jest niewątpliwie depozytariuszem Wagnerowskiej Odysei. Pomysł zlotu polonijnych żeglarzy zrodzil się właśnie podczas tych rozmów. Andrzej już widział oczami wyobraźni, jak do portu w Gdyni wpływa flota polonijnych jachtów prowadzona przez „Zjawę III” z Kpt. Władysławem Wagnerem. Prawdopodobnie obaj się do tego pomysłu zapalili. Pomysł - chociaż nie w pełni - wypalił. Aktualni właściciele „Zjawy III”, Anglicy nie byli zainteresowani udziałem jachtu w polonijnym zlocie. A Władek Wagner miał wylew i nie kwalifikował się już do żadnej podróży.  Flotę polonijnych jachtów  wprowadzał  jacht „Solidarity”, z kpt. Andrzejem  Piotrowskim. Na zlot dotarł list od Wagnera do dziś przechowywany jak relikwia przez Andrzeja.  Można powiedzieć, że Wagner był wtedy pośród polonijnych żeglarzy. Zmarł w rok póżniej, w 1992 roku. [caption id="attachment_4486" align="alignleft" width="300" caption=""Branki" i piraci z Karaibskiej Republiki Żeglarskiej na BVI - marzec 2011 r."][/caption] Potem aktywność Andrzeja stale rosła. Trudno jest zliczyć wydarzenia żeglarskie i dziennikarskie, których był autorem,  może ktoś kiedyś podejmie się tego, wcale niełatwego, zadania, bo gdy będzie błądził w gąszczu tych wydarzeń napotka ludzi bardzo do Andrzeja uprzedzonych, starających się pomniejszać wszystkie jego osiągnięcia, zazdrosnych, zawistnych, złych na siebie, że na to nie wpadli, jak również takich, którzy Andrzejowe osiągnięcia  będą wprost zawłaszczali. Znam kilka prób  przypisania sobie zasługi powołania Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, tego, jakże niezwyklego, pomysłu zapowiadającego egzotyczną przygodę. „Eee, co tam, każdy może mieć taki pomysł.” – słyszałem z wielu ust. Na szczęście więcej jest entuzjastów, a lista osiągnięć Republiki jest niemała.  Karaibska Republika Żeglarska lansuje wolne żeglarstwo, nie przypisane do żadnych klubów, żadnych zwiazków czy też organizacji. Nie ma tam wyborów prezesów, zarządów, nie ma głosowania za i przeciw,  za to obowiązkowe jest duże poczucie humoru i dożywotni Prezydent, który w Republice jest jedynym autorytetem przyjmujacym nowych obywateli. Karaibska Republika Żeglarska wydaje swój biuletyn, który jest znakomitym kompendium egzotycznych rejsów, opowiada też o spotkaniach z ludźmi, o których naprawdę warto pisać, pełno tam historycznych opowieści z mórz, no i polonica. Ostatnim Andrzeja  odkryciem jest potomek króla Kazimierza Warneńczyka; Carlos Borges,  mieszkaniec Azorów i cała historia króla, który po bitwie pod Warną zniknął, nie znaleziono jego ciała... Ta tajemnicza historia ma swój dalszy ciąg, o czym można poczytać w biuletynach Republiki. [caption id="attachment_4487" align="alignright" width="300" caption="Prezydent z nową "branką"."][/caption] Nie wiem ile Andrzej napisał książek. Mam pod ręką „Tahiti Challenge”, „Tonga Adventure” i „Kapitańskie reminescencje”. Zwłaszcza ta ostatnia, bardzo osobista,  robi  wrażenie i... jest jakby nie zauważona w naszym żeglarskim środowisku. „E tam, każdy to może napisać.” – słyszę znowu. Prawda. Trzeba tylko mieć literacki talent i dziennikarski pazur. Tematami jego książek są rejsy i wyprawy morskie. Rejestrując je nie po kolei, warto wymienić rejs „Solidarity” kanałami w poprzek Francji, kilkanaście (on sam nie wie ile) rejsów przez Atlantyk na „Gemini” i „Solidarity", oraz na katamaranie „Atlantyk Adventure”. Kilkakrotne wyprawy żeglarskie na wyspy Polinezji, droga wodna z Chicago rzeką Mississipi  do Zatoki Meksykańskiej i dalej – na Karaiby. Wędrówki po archipelagach Azorów, Wysp Kanaryjskich i Karaibów. Przez lata funkcjonowała w Chicago „Mesa Kapitana Piotrowskiego”, miejsce spotkań żeglarskich, gdzie powstawały znakomite audycje radiowe, oczywiście o żeglarskiej tematyce. Do dziś zresztą Andrzej jest gościem polonijnego radia w Chicago.  Pisał do wydawanego w Polsce miesięcznika „Rejs”, dużo drukuje w polonijnej prasie. Andrzej jest typem samotnika mimo, że sam nigdy nie jest. Ani na wodzie ani na lądzie.  Potrafi przyciągnąć do siebie ludzi niewątpliwą sławą i barwnymi opowieściami, którymi bardzo wiąże załągę, a jednocześnie zniechęcić, kiedy ktoś  mu na odcisk nadepnie.  Jestem jednym z tych, którym to wcale nie przeszkadza. Cenię sobie tę znajomość, może nawet – bardzo trudną przyjażń, ponieważ jest to facet, od którego na jachcie można się bardzo wiele nauczyć. No i posłuchać... [caption id="attachment_4488" align="alignleft" width="300" caption="W 1995 r. na tej wysepce (Sandy Key) powstala Żeglarska Republika Karaibska."][/caption] Kiedys pozostał z jachtem "Gemini" sam na Martynice. Ktoś tam nagle zszedł, ktoś nie doleciał, aby mu pomoc przeprowadzić jacht na St.Martin, więc szykował się do podróży sam. Wieczór przed wyruszeniem w drogę spędzał w miejscu, które się najlepiej do tego nadaje; jacht stał na mooring gdzieś tam w zatoce, a nasz kapitan siedział w portowej knajpce z dopiero co poznanym Szwedem, któremu też coś tam z jachtem nie zagrało i miał sporo wolnego czasu. Postanowili wyruszyć razem, ale ponieważ zaprzyjaźnili się, trochę im tam jeszcze zeszło w tym miejscu żeglarskich spotkań. Wreszcie wskoczyli do Andrzejowego dinhgi i ruszyli w kierunku „Gemini”, która oczekiwała w  zatoce, pośród wielu jednakowych ciemnych sylwetek jachtów. Kto kiedyś już wracał nieco spóźniony na jacht ciemną nocą wie, jak niełatwe to przedsięwzięcie – wszystkie jachty jednakowe, prawie ich nie widać a cóż dopiero odczytać nazwę, gdy światła w kokpicie lub na maszcie pozostawili tylko nieliczni. Na początku szło im kiepsko, gdziekolwiek nie podpłynęli to nie był ten jacht. Na domiar złego zgasł silnik a na dinhgi już więcej benzyny nie było. Wioseł też nie. Wyskoczyli więc obaj do wody, jeden ciagnął cumę, drugi popychał  rufę i podpłynęli do najbliższego jachtu, grzecznie zastukali w burtę, ktoś tam wyjrzał i zobaczył pustą dinghi, która ludzkim głosem zapytała gdzie jest „Gemini”. Trudno jest opisać zdziwienie obudzonych żeglarzy, którzy nie mogli odnaleźć  żródła głosu, a poza tym nie mieli pojęcia gdzie stoi „Gemini”. I tak od jachtu, do jachtu... Nad ranem odnaleźli zgubę. [caption id="attachment_4489" align="alignright" width="300" caption="Autor (z lewej) z Andrzejem Piotrowskim"][/caption] Ruszyli w rejs i Andrzej, jak to Andrzej, postanowil Szweda trochę podedukowć. W historii, oczywiście. Jakież było Andrzeja zdziwienie, gdy Szwed okazał się ignorantem i wcale nie wiedział o tym, że korona szwedzka należała się nam, a Karol Gustaw był zwykłym uzurpatorem i w dodatku kryminalistą, który najechał Polskę zbrojnie, ale potem dostał zasłużenie w skórę. Szwed znał zupełnie inną wersje tej samej historii, wiedział, że ten wielki król Szwecji, Karol Gustaw... Musiał przerwać. Andrzej przypomniał mu, że jest na polskim jachcie i głosi tu historie niegodne Andrzeja uszu i  to się nie może dobrze skończyć.... I jak tu Go nie lubić, tego Piotrowskiego... Zbigniew Turkiewicz
  • Buy Zithromax Without Prescription
    August 5, 2021 | 9:42 amCieszy eksplozja wspomnień z Uroczystości Wagnerowskiej na BVI.  Pośród paru setek uczestników conajmniej połowa fotografowała.  Wielu filmowalo i już można znależć na  Youtube kilkuminutowe filmiki. Opowiadają o wydarzeniu tak jak je widzieli:  udekorowana polskimi flagami zatoka Trellis Bay, uroczystośc odsłonięcia tablicy,  wielkie polskie party, msza żeglarska.  Cieszy fakt, że się wszystkim podobało, chociaż nie obyło sie bez kłopotów, o których wiedzą organizatorzy, nie obyło się też bez konfliktu, który był marginalny i niewielu go widziało, jednak spopularyzowany przez internet, zyskał sławę chwilami wręcz przyćmiewajacą  samo wydarzenie. Widocznie tak musi być, gdy rum zaszumi w głowie – wszak to byli zeglarze. Otóż to! Nie byłoby tego wydarzenia, tej skali – gdyby nie paru ludzi z charakterem,  w dodatku – żeglarzy.  Gdyby za przygotowanie Wagnerowskiej Uroczystości na BVI wzięli się ludzie o spokojnym, zrównoważonym charakterze – zapewne nic takiego by się nie zdarzyło.  Spotkały się niespokojne dusze,  ludzie nie za bardzo kompromisowi i... dlatego się wszystko udało.  Im właśnie, tym niepokornym, którzy złamali ciszę wokół Wagnera i doprowadzili do wydarzenia zwanego dzisiaj "Wagner Sailing Rally 2012"  – zamierzam poświecić cykl opowiastek, o każdym z nich. Kpt. Andrzej Piotrowski, żeglarz chyba od urodzenia, wielki patriota i znawca historii Polski, autor książek i dziesiątków artykułów żeglarskich, świetny gawędzierz, poszukiwacz rozsianych po świecie poloników, komandor I Światowego Zlotu Polonijnych Żeglarzy  w 1991 roku w Gdyni, były komandor „Joseph Conrad Polish Yacht Club” w Chicago,  prezydent założonej w 1995 roku Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, i wreszcie -  ojciec  „Wagner Sailing Rally 2012”. [caption id="attachment_4484" align="alignleft" width="300" caption="Beef Island 2002 r. (od lewej J. Kwaśnicki, A. Piotrowski i autor)"][/caption] Byłem świadkiem narodzin tego pomysłu.  Poznaliśmy się w rejsie z Puerto Rico poprzez British Virgin Island na St. Martin na, dowodzonym przez niego, 40-stopowym jachcie „Gemini” w 2002 roku.  Chyba trzeciego dnia rejsu Andrzej wprowadził jacht do Zatoki Trellis Bay na  Beef Island. Mieliśmy tam do załatwienia dwie sprawy:  sfilmować wprowadzenie naszej załogi do Karaibskiej Republik Żeglarskiej i odwiedzić miejsca związane z Władysławem Wagnerem.  Dwa wydarzenia, które „zakręciły” mnie na następne dziesięć lat.  Za sprawą Andrzeja Piotrowskiego. Nie jest łatwo o nim pisać, podobnie jak i niełatwo być jego przyjacielem.  Trudny charakter, twardy facet, bardzo nieustępliwy w obronie swoich poglądów, „jedynych słusznych”, a czasami – dusza towarzystwa. Pamiętam jak na  regatach na Morzu Karaibskim, w których startowaliśmy na „Gemini”,  zwracaliśmy na siebie uwagę jako najbardziej rozbawiona załoga. Potrafi być dowcipny, rozbrajający w konwersacji i zarazem złośliwy do bólu.  Bywa, że trudno z nim wytrzymać.  Jego szczególne poczucie humoru i w jakimś stopniu ideologię, charakteryzuje jeden z pierwszych paragrafów konstytucji Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, który brzmi: „Obywatel KRŻ cieszy się nieskazitelną opinią, którą potwierdza częstymi odwiedzinami barów” oraz kolejny paragraf: „Nie może być obywatelem KRŻ  członek lub sympatyk jakiegokolwiek antyalkoholowego towarzystwa.” Trzeba przyznać, że kryteria przynależności do Republiki są bardzo przez jej obywateli respektowane, a przez jej Prezydenta - w szczególności. [caption id="attachment_4485" align="alignright" width="300" caption="Początki Karaibskiej Republiki Żeglarskiej"][/caption] Andrzej wprowadził mnie w świat wagnerowskiej przygody właśnie na tym rejsie, w 2002 roku i tam też, na niewielkiej rafie w restauracji „The Last Resort” powstał pomysł uświetnienia tego miejsca tablicą. Władysław Wagner wybudował ten dom; naprzeciw, na Beef Island – lotnisko;  dalej – przeprawę promową pomiędzy Beef Island i wyspą Tortola, również i wiele innych domów; stworzył na BVI szkołę żeglarska dla młodzieży amerykańskiej, uruchomił też - mówiąc dzisiejszym jezykiem - aktywność biznesową w tutejszym środowisku. W 1963 roku Wagner wyprowadził się z BVI  do Puerto Rico, tam zbudował i przez kilka lat prowadził stocznię, poczym na emeryturę przeniósł się z rodziną do Orlando na Florydzie.  Tam też, w 1990 roku Andrzej odwiedził go dwukrotnie. Był ostatnim polskim żeglarzem, który spędził z Wagnerem trochę czasu, rozmawiał z nim, część z tych rozmów nagrał. Jest niewątpliwie depozytariuszem Wagnerowskiej Odysei. Pomysł zlotu polonijnych żeglarzy zrodzil się właśnie podczas tych rozmów. Andrzej już widział oczami wyobraźni, jak do portu w Gdyni wpływa flota polonijnych jachtów prowadzona przez „Zjawę III” z Kpt. Władysławem Wagnerem. Prawdopodobnie obaj się do tego pomysłu zapalili. Pomysł - chociaż nie w pełni - wypalił. Aktualni właściciele „Zjawy III”, Anglicy nie byli zainteresowani udziałem jachtu w polonijnym zlocie. A Władek Wagner miał wylew i nie kwalifikował się już do żadnej podróży.  Flotę polonijnych jachtów  wprowadzał  jacht „Solidarity”, z kpt. Andrzejem  Piotrowskim. Na zlot dotarł list od Wagnera do dziś przechowywany jak relikwia przez Andrzeja.  Można powiedzieć, że Wagner był wtedy pośród polonijnych żeglarzy. Zmarł w rok póżniej, w 1992 roku. [caption id="attachment_4486" align="alignleft" width="300" caption=""Branki" i piraci z Karaibskiej Republiki Żeglarskiej na BVI - marzec 2011 r."][/caption] Potem aktywność Andrzeja stale rosła. Trudno jest zliczyć wydarzenia żeglarskie i dziennikarskie, których był autorem,  może ktoś kiedyś podejmie się tego, wcale niełatwego, zadania, bo gdy będzie błądził w gąszczu tych wydarzeń napotka ludzi bardzo do Andrzeja uprzedzonych, starających się pomniejszać wszystkie jego osiągnięcia, zazdrosnych, zawistnych, złych na siebie, że na to nie wpadli, jak również takich, którzy Andrzejowe osiągnięcia  będą wprost zawłaszczali. Znam kilka prób  przypisania sobie zasługi powołania Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, tego, jakże niezwyklego, pomysłu zapowiadającego egzotyczną przygodę. „Eee, co tam, każdy może mieć taki pomysł.” – słyszałem z wielu ust. Na szczęście więcej jest entuzjastów, a lista osiągnięć Republiki jest niemała.  Karaibska Republika Żeglarska lansuje wolne żeglarstwo, nie przypisane do żadnych klubów, żadnych zwiazków czy też organizacji. Nie ma tam wyborów prezesów, zarządów, nie ma głosowania za i przeciw,  za to obowiązkowe jest duże poczucie humoru i dożywotni Prezydent, który w Republice jest jedynym autorytetem przyjmujacym nowych obywateli. Karaibska Republika Żeglarska wydaje swój biuletyn, który jest znakomitym kompendium egzotycznych rejsów, opowiada też o spotkaniach z ludźmi, o których naprawdę warto pisać, pełno tam historycznych opowieści z mórz, no i polonica. Ostatnim Andrzeja  odkryciem jest potomek króla Kazimierza Warneńczyka; Carlos Borges,  mieszkaniec Azorów i cała historia króla, który po bitwie pod Warną zniknął, nie znaleziono jego ciała... Ta tajemnicza historia ma swój dalszy ciąg, o czym można poczytać w biuletynach Republiki. [caption id="attachment_4487" align="alignright" width="300" caption="Prezydent z nową "branką"."][/caption] Nie wiem ile Andrzej napisał książek. Mam pod ręką „Tahiti Challenge”, „Tonga Adventure” i „Kapitańskie reminescencje”. Zwłaszcza ta ostatnia, bardzo osobista,  robi  wrażenie i... jest jakby nie zauważona w naszym żeglarskim środowisku. „E tam, każdy to może napisać.” – słyszę znowu. Prawda. Trzeba tylko mieć literacki talent i dziennikarski pazur. Tematami jego książek są rejsy i wyprawy morskie. Rejestrując je nie po kolei, warto wymienić rejs „Solidarity” kanałami w poprzek Francji, kilkanaście (on sam nie wie ile) rejsów przez Atlantyk na „Gemini” i „Solidarity", oraz na katamaranie „Atlantyk Adventure”. Kilkakrotne wyprawy żeglarskie na wyspy Polinezji, droga wodna z Chicago rzeką Mississipi  do Zatoki Meksykańskiej i dalej – na Karaiby. Wędrówki po archipelagach Azorów, Wysp Kanaryjskich i Karaibów. Przez lata funkcjonowała w Chicago „Mesa Kapitana Piotrowskiego”, miejsce spotkań żeglarskich, gdzie powstawały znakomite audycje radiowe, oczywiście o żeglarskiej tematyce. Do dziś zresztą Andrzej jest gościem polonijnego radia w Chicago.  Pisał do wydawanego w Polsce miesięcznika „Rejs”, dużo drukuje w polonijnej prasie. Andrzej jest typem samotnika mimo, że sam nigdy nie jest. Ani na wodzie ani na lądzie.  Potrafi przyciągnąć do siebie ludzi niewątpliwą sławą i barwnymi opowieściami, którymi bardzo wiąże załągę, a jednocześnie zniechęcić, kiedy ktoś  mu na odcisk nadepnie.  Jestem jednym z tych, którym to wcale nie przeszkadza. Cenię sobie tę znajomość, może nawet – bardzo trudną przyjażń, ponieważ jest to facet, od którego na jachcie można się bardzo wiele nauczyć. No i posłuchać... [caption id="attachment_4488" align="alignleft" width="300" caption="W 1995 r. na tej wysepce (Sandy Key) powstala Żeglarska Republika Karaibska."][/caption] Kiedys pozostał z jachtem "Gemini" sam na Martynice. Ktoś tam nagle zszedł, ktoś nie doleciał, aby mu pomoc przeprowadzić jacht na St.Martin, więc szykował się do podróży sam. Wieczór przed wyruszeniem w drogę spędzał w miejscu, które się najlepiej do tego nadaje; jacht stał na mooring gdzieś tam w zatoce, a nasz kapitan siedział w portowej knajpce z dopiero co poznanym Szwedem, któremu też coś tam z jachtem nie zagrało i miał sporo wolnego czasu. Postanowili wyruszyć razem, ale ponieważ zaprzyjaźnili się, trochę im tam jeszcze zeszło w tym miejscu żeglarskich spotkań. Wreszcie wskoczyli do Andrzejowego dinhgi i ruszyli w kierunku „Gemini”, która oczekiwała w  zatoce, pośród wielu jednakowych ciemnych sylwetek jachtów. Kto kiedyś już wracał nieco spóźniony na jacht ciemną nocą wie, jak niełatwe to przedsięwzięcie – wszystkie jachty jednakowe, prawie ich nie widać a cóż dopiero odczytać nazwę, gdy światła w kokpicie lub na maszcie pozostawili tylko nieliczni. Na początku szło im kiepsko, gdziekolwiek nie podpłynęli to nie był ten jacht. Na domiar złego zgasł silnik a na dinhgi już więcej benzyny nie było. Wioseł też nie. Wyskoczyli więc obaj do wody, jeden ciagnął cumę, drugi popychał  rufę i podpłynęli do najbliższego jachtu, grzecznie zastukali w burtę, ktoś tam wyjrzał i zobaczył pustą dinghi, która ludzkim głosem zapytała gdzie jest „Gemini”. Trudno jest opisać zdziwienie obudzonych żeglarzy, którzy nie mogli odnaleźć  żródła głosu, a poza tym nie mieli pojęcia gdzie stoi „Gemini”. I tak od jachtu, do jachtu... Nad ranem odnaleźli zgubę. [caption id="attachment_4489" align="alignright" width="300" caption="Autor (z lewej) z Andrzejem Piotrowskim"][/caption] Ruszyli w rejs i Andrzej, jak to Andrzej, postanowil Szweda trochę podedukowć. W historii, oczywiście. Jakież było Andrzeja zdziwienie, gdy Szwed okazał się ignorantem i wcale nie wiedział o tym, że korona szwedzka należała się nam, a Karol Gustaw był zwykłym uzurpatorem i w dodatku kryminalistą, który najechał Polskę zbrojnie, ale potem dostał zasłużenie w skórę. Szwed znał zupełnie inną wersje tej samej historii, wiedział, że ten wielki król Szwecji, Karol Gustaw... Musiał przerwać. Andrzej przypomniał mu, że jest na polskim jachcie i głosi tu historie niegodne Andrzeja uszu i  to się nie może dobrze skończyć.... I jak tu Go nie lubić, tego Piotrowskiego... Zbigniew Turkiewicz
  • Buy Lipitor Without Prescription
    March 31, 2021 | 12:10 pmCieszy eksplozja wspomnień z Uroczystości Wagnerowskiej na BVI.  Pośród paru setek uczestników conajmniej połowa fotografowała.  Wielu filmowalo i już można znależć na  Youtube kilkuminutowe filmiki. Opowiadają o wydarzeniu tak jak je widzieli:  udekorowana polskimi flagami zatoka Trellis Bay, uroczystośc odsłonięcia tablicy,  wielkie polskie party, msza żeglarska.  Cieszy fakt, że się wszystkim podobało, chociaż nie obyło sie bez kłopotów, o których wiedzą organizatorzy, nie obyło się też bez konfliktu, który był marginalny i niewielu go widziało, jednak spopularyzowany przez internet, zyskał sławę chwilami wręcz przyćmiewajacą  samo wydarzenie. Widocznie tak musi być, gdy rum zaszumi w głowie – wszak to byli zeglarze. Otóż to! Nie byłoby tego wydarzenia, tej skali – gdyby nie paru ludzi z charakterem,  w dodatku – żeglarzy.  Gdyby za przygotowanie Wagnerowskiej Uroczystości na BVI wzięli się ludzie o spokojnym, zrównoważonym charakterze – zapewne nic takiego by się nie zdarzyło.  Spotkały się niespokojne dusze,  ludzie nie za bardzo kompromisowi i... dlatego się wszystko udało.  Im właśnie, tym niepokornym, którzy złamali ciszę wokół Wagnera i doprowadzili do wydarzenia zwanego dzisiaj "Wagner Sailing Rally 2012"  – zamierzam poświecić cykl opowiastek, o każdym z nich. Kpt. Andrzej Piotrowski, żeglarz chyba od urodzenia, wielki patriota i znawca historii Polski, autor książek i dziesiątków artykułów żeglarskich, świetny gawędzierz, poszukiwacz rozsianych po świecie poloników, komandor I Światowego Zlotu Polonijnych Żeglarzy  w 1991 roku w Gdyni, były komandor „Joseph Conrad Polish Yacht Club” w Chicago,  prezydent założonej w 1995 roku Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, i wreszcie -  ojciec  „Wagner Sailing Rally 2012”. [caption id="attachment_4484" align="alignleft" width="300" caption="Beef Island 2002 r. (od lewej J. Kwaśnicki, A. Piotrowski i autor)"][/caption] Byłem świadkiem narodzin tego pomysłu.  Poznaliśmy się w rejsie z Puerto Rico poprzez British Virgin Island na St. Martin na, dowodzonym przez niego, 40-stopowym jachcie „Gemini” w 2002 roku.  Chyba trzeciego dnia rejsu Andrzej wprowadził jacht do Zatoki Trellis Bay na  Beef Island. Mieliśmy tam do załatwienia dwie sprawy:  sfilmować wprowadzenie naszej załogi do Karaibskiej Republik Żeglarskiej i odwiedzić miejsca związane z Władysławem Wagnerem.  Dwa wydarzenia, które „zakręciły” mnie na następne dziesięć lat.  Za sprawą Andrzeja Piotrowskiego. Nie jest łatwo o nim pisać, podobnie jak i niełatwo być jego przyjacielem.  Trudny charakter, twardy facet, bardzo nieustępliwy w obronie swoich poglądów, „jedynych słusznych”, a czasami – dusza towarzystwa. Pamiętam jak na  regatach na Morzu Karaibskim, w których startowaliśmy na „Gemini”,  zwracaliśmy na siebie uwagę jako najbardziej rozbawiona załoga. Potrafi być dowcipny, rozbrajający w konwersacji i zarazem złośliwy do bólu.  Bywa, że trudno z nim wytrzymać.  Jego szczególne poczucie humoru i w jakimś stopniu ideologię, charakteryzuje jeden z pierwszych paragrafów konstytucji Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, który brzmi: „Obywatel KRŻ cieszy się nieskazitelną opinią, którą potwierdza częstymi odwiedzinami barów” oraz kolejny paragraf: „Nie może być obywatelem KRŻ  członek lub sympatyk jakiegokolwiek antyalkoholowego towarzystwa.” Trzeba przyznać, że kryteria przynależności do Republiki są bardzo przez jej obywateli respektowane, a przez jej Prezydenta - w szczególności. [caption id="attachment_4485" align="alignright" width="300" caption="Początki Karaibskiej Republiki Żeglarskiej"][/caption] Andrzej wprowadził mnie w świat wagnerowskiej przygody właśnie na tym rejsie, w 2002 roku i tam też, na niewielkiej rafie w restauracji „The Last Resort” powstał pomysł uświetnienia tego miejsca tablicą. Władysław Wagner wybudował ten dom; naprzeciw, na Beef Island – lotnisko;  dalej – przeprawę promową pomiędzy Beef Island i wyspą Tortola, również i wiele innych domów; stworzył na BVI szkołę żeglarska dla młodzieży amerykańskiej, uruchomił też - mówiąc dzisiejszym jezykiem - aktywność biznesową w tutejszym środowisku. W 1963 roku Wagner wyprowadził się z BVI  do Puerto Rico, tam zbudował i przez kilka lat prowadził stocznię, poczym na emeryturę przeniósł się z rodziną do Orlando na Florydzie.  Tam też, w 1990 roku Andrzej odwiedził go dwukrotnie. Był ostatnim polskim żeglarzem, który spędził z Wagnerem trochę czasu, rozmawiał z nim, część z tych rozmów nagrał. Jest niewątpliwie depozytariuszem Wagnerowskiej Odysei. Pomysł zlotu polonijnych żeglarzy zrodzil się właśnie podczas tych rozmów. Andrzej już widział oczami wyobraźni, jak do portu w Gdyni wpływa flota polonijnych jachtów prowadzona przez „Zjawę III” z Kpt. Władysławem Wagnerem. Prawdopodobnie obaj się do tego pomysłu zapalili. Pomysł - chociaż nie w pełni - wypalił. Aktualni właściciele „Zjawy III”, Anglicy nie byli zainteresowani udziałem jachtu w polonijnym zlocie. A Władek Wagner miał wylew i nie kwalifikował się już do żadnej podróży.  Flotę polonijnych jachtów  wprowadzał  jacht „Solidarity”, z kpt. Andrzejem  Piotrowskim. Na zlot dotarł list od Wagnera do dziś przechowywany jak relikwia przez Andrzeja.  Można powiedzieć, że Wagner był wtedy pośród polonijnych żeglarzy. Zmarł w rok póżniej, w 1992 roku. [caption id="attachment_4486" align="alignleft" width="300" caption=""Branki" i piraci z Karaibskiej Republiki Żeglarskiej na BVI - marzec 2011 r."][/caption] Potem aktywność Andrzeja stale rosła. Trudno jest zliczyć wydarzenia żeglarskie i dziennikarskie, których był autorem,  może ktoś kiedyś podejmie się tego, wcale niełatwego, zadania, bo gdy będzie błądził w gąszczu tych wydarzeń napotka ludzi bardzo do Andrzeja uprzedzonych, starających się pomniejszać wszystkie jego osiągnięcia, zazdrosnych, zawistnych, złych na siebie, że na to nie wpadli, jak również takich, którzy Andrzejowe osiągnięcia  będą wprost zawłaszczali. Znam kilka prób  przypisania sobie zasługi powołania Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, tego, jakże niezwyklego, pomysłu zapowiadającego egzotyczną przygodę. „Eee, co tam, każdy może mieć taki pomysł.” – słyszałem z wielu ust. Na szczęście więcej jest entuzjastów, a lista osiągnięć Republiki jest niemała.  Karaibska Republika Żeglarska lansuje wolne żeglarstwo, nie przypisane do żadnych klubów, żadnych zwiazków czy też organizacji. Nie ma tam wyborów prezesów, zarządów, nie ma głosowania za i przeciw,  za to obowiązkowe jest duże poczucie humoru i dożywotni Prezydent, który w Republice jest jedynym autorytetem przyjmujacym nowych obywateli. Karaibska Republika Żeglarska wydaje swój biuletyn, który jest znakomitym kompendium egzotycznych rejsów, opowiada też o spotkaniach z ludźmi, o których naprawdę warto pisać, pełno tam historycznych opowieści z mórz, no i polonica. Ostatnim Andrzeja  odkryciem jest potomek króla Kazimierza Warneńczyka; Carlos Borges,  mieszkaniec Azorów i cała historia króla, który po bitwie pod Warną zniknął, nie znaleziono jego ciała... Ta tajemnicza historia ma swój dalszy ciąg, o czym można poczytać w biuletynach Republiki. [caption id="attachment_4487" align="alignright" width="300" caption="Prezydent z nową "branką"."][/caption] Nie wiem ile Andrzej napisał książek. Mam pod ręką „Tahiti Challenge”, „Tonga Adventure” i „Kapitańskie reminescencje”. Zwłaszcza ta ostatnia, bardzo osobista,  robi  wrażenie i... jest jakby nie zauważona w naszym żeglarskim środowisku. „E tam, każdy to może napisać.” – słyszę znowu. Prawda. Trzeba tylko mieć literacki talent i dziennikarski pazur. Tematami jego książek są rejsy i wyprawy morskie. Rejestrując je nie po kolei, warto wymienić rejs „Solidarity” kanałami w poprzek Francji, kilkanaście (on sam nie wie ile) rejsów przez Atlantyk na „Gemini” i „Solidarity", oraz na katamaranie „Atlantyk Adventure”. Kilkakrotne wyprawy żeglarskie na wyspy Polinezji, droga wodna z Chicago rzeką Mississipi  do Zatoki Meksykańskiej i dalej – na Karaiby. Wędrówki po archipelagach Azorów, Wysp Kanaryjskich i Karaibów. Przez lata funkcjonowała w Chicago „Mesa Kapitana Piotrowskiego”, miejsce spotkań żeglarskich, gdzie powstawały znakomite audycje radiowe, oczywiście o żeglarskiej tematyce. Do dziś zresztą Andrzej jest gościem polonijnego radia w Chicago.  Pisał do wydawanego w Polsce miesięcznika „Rejs”, dużo drukuje w polonijnej prasie. Andrzej jest typem samotnika mimo, że sam nigdy nie jest. Ani na wodzie ani na lądzie.  Potrafi przyciągnąć do siebie ludzi niewątpliwą sławą i barwnymi opowieściami, którymi bardzo wiąże załągę, a jednocześnie zniechęcić, kiedy ktoś  mu na odcisk nadepnie.  Jestem jednym z tych, którym to wcale nie przeszkadza. Cenię sobie tę znajomość, może nawet – bardzo trudną przyjażń, ponieważ jest to facet, od którego na jachcie można się bardzo wiele nauczyć. No i posłuchać... [caption id="attachment_4488" align="alignleft" width="300" caption="W 1995 r. na tej wysepce (Sandy Key) powstala Żeglarska Republika Karaibska."][/caption] Kiedys pozostał z jachtem "Gemini" sam na Martynice. Ktoś tam nagle zszedł, ktoś nie doleciał, aby mu pomoc przeprowadzić jacht na St.Martin, więc szykował się do podróży sam. Wieczór przed wyruszeniem w drogę spędzał w miejscu, które się najlepiej do tego nadaje; jacht stał na mooring gdzieś tam w zatoce, a nasz kapitan siedział w portowej knajpce z dopiero co poznanym Szwedem, któremu też coś tam z jachtem nie zagrało i miał sporo wolnego czasu. Postanowili wyruszyć razem, ale ponieważ zaprzyjaźnili się, trochę im tam jeszcze zeszło w tym miejscu żeglarskich spotkań. Wreszcie wskoczyli do Andrzejowego dinhgi i ruszyli w kierunku „Gemini”, która oczekiwała w  zatoce, pośród wielu jednakowych ciemnych sylwetek jachtów. Kto kiedyś już wracał nieco spóźniony na jacht ciemną nocą wie, jak niełatwe to przedsięwzięcie – wszystkie jachty jednakowe, prawie ich nie widać a cóż dopiero odczytać nazwę, gdy światła w kokpicie lub na maszcie pozostawili tylko nieliczni. Na początku szło im kiepsko, gdziekolwiek nie podpłynęli to nie był ten jacht. Na domiar złego zgasł silnik a na dinhgi już więcej benzyny nie było. Wioseł też nie. Wyskoczyli więc obaj do wody, jeden ciagnął cumę, drugi popychał  rufę i podpłynęli do najbliższego jachtu, grzecznie zastukali w burtę, ktoś tam wyjrzał i zobaczył pustą dinghi, która ludzkim głosem zapytała gdzie jest „Gemini”. Trudno jest opisać zdziwienie obudzonych żeglarzy, którzy nie mogli odnaleźć  żródła głosu, a poza tym nie mieli pojęcia gdzie stoi „Gemini”. I tak od jachtu, do jachtu... Nad ranem odnaleźli zgubę. [caption id="attachment_4489" align="alignright" width="300" caption="Autor (z lewej) z Andrzejem Piotrowskim"][/caption] Ruszyli w rejs i Andrzej, jak to Andrzej, postanowil Szweda trochę podedukowć. W historii, oczywiście. Jakież było Andrzeja zdziwienie, gdy Szwed okazał się ignorantem i wcale nie wiedział o tym, że korona szwedzka należała się nam, a Karol Gustaw był zwykłym uzurpatorem i w dodatku kryminalistą, który najechał Polskę zbrojnie, ale potem dostał zasłużenie w skórę. Szwed znał zupełnie inną wersje tej samej historii, wiedział, że ten wielki król Szwecji, Karol Gustaw... Musiał przerwać. Andrzej przypomniał mu, że jest na polskim jachcie i głosi tu historie niegodne Andrzeja uszu i  to się nie może dobrze skończyć.... I jak tu Go nie lubić, tego Piotrowskiego... Zbigniew Turkiewicz
  • Buy Xalatan Without Prescription
    March 31, 2021 | 12:06 pmCieszy eksplozja wspomnień z Uroczystości Wagnerowskiej na BVI.  Pośród paru setek uczestników conajmniej połowa fotografowała.  Wielu filmowalo i już można znależć na  Youtube kilkuminutowe filmiki. Opowiadają o wydarzeniu tak jak je widzieli:  udekorowana polskimi flagami zatoka Trellis Bay, uroczystośc odsłonięcia tablicy,  wielkie polskie party, msza żeglarska.  Cieszy fakt, że się wszystkim podobało, chociaż nie obyło sie bez kłopotów, o których wiedzą organizatorzy, nie obyło się też bez konfliktu, który był marginalny i niewielu go widziało, jednak spopularyzowany przez internet, zyskał sławę chwilami wręcz przyćmiewajacą  samo wydarzenie. Widocznie tak musi być, gdy rum zaszumi w głowie – wszak to byli zeglarze. Otóż to! Nie byłoby tego wydarzenia, tej skali – gdyby nie paru ludzi z charakterem,  w dodatku – żeglarzy.  Gdyby za przygotowanie Wagnerowskiej Uroczystości na BVI wzięli się ludzie o spokojnym, zrównoważonym charakterze – zapewne nic takiego by się nie zdarzyło.  Spotkały się niespokojne dusze,  ludzie nie za bardzo kompromisowi i... dlatego się wszystko udało.  Im właśnie, tym niepokornym, którzy złamali ciszę wokół Wagnera i doprowadzili do wydarzenia zwanego dzisiaj "Wagner Sailing Rally 2012"  – zamierzam poświecić cykl opowiastek, o każdym z nich. Kpt. Andrzej Piotrowski, żeglarz chyba od urodzenia, wielki patriota i znawca historii Polski, autor książek i dziesiątków artykułów żeglarskich, świetny gawędzierz, poszukiwacz rozsianych po świecie poloników, komandor I Światowego Zlotu Polonijnych Żeglarzy  w 1991 roku w Gdyni, były komandor „Joseph Conrad Polish Yacht Club” w Chicago,  prezydent założonej w 1995 roku Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, i wreszcie -  ojciec  „Wagner Sailing Rally 2012”. [caption id="attachment_4484" align="alignleft" width="300" caption="Beef Island 2002 r. (od lewej J. Kwaśnicki, A. Piotrowski i autor)"][/caption] Byłem świadkiem narodzin tego pomysłu.  Poznaliśmy się w rejsie z Puerto Rico poprzez British Virgin Island na St. Martin na, dowodzonym przez niego, 40-stopowym jachcie „Gemini” w 2002 roku.  Chyba trzeciego dnia rejsu Andrzej wprowadził jacht do Zatoki Trellis Bay na  Beef Island. Mieliśmy tam do załatwienia dwie sprawy:  sfilmować wprowadzenie naszej załogi do Karaibskiej Republik Żeglarskiej i odwiedzić miejsca związane z Władysławem Wagnerem.  Dwa wydarzenia, które „zakręciły” mnie na następne dziesięć lat.  Za sprawą Andrzeja Piotrowskiego. Nie jest łatwo o nim pisać, podobnie jak i niełatwo być jego przyjacielem.  Trudny charakter, twardy facet, bardzo nieustępliwy w obronie swoich poglądów, „jedynych słusznych”, a czasami – dusza towarzystwa. Pamiętam jak na  regatach na Morzu Karaibskim, w których startowaliśmy na „Gemini”,  zwracaliśmy na siebie uwagę jako najbardziej rozbawiona załoga. Potrafi być dowcipny, rozbrajający w konwersacji i zarazem złośliwy do bólu.  Bywa, że trudno z nim wytrzymać.  Jego szczególne poczucie humoru i w jakimś stopniu ideologię, charakteryzuje jeden z pierwszych paragrafów konstytucji Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, który brzmi: „Obywatel KRŻ cieszy się nieskazitelną opinią, którą potwierdza częstymi odwiedzinami barów” oraz kolejny paragraf: „Nie może być obywatelem KRŻ  członek lub sympatyk jakiegokolwiek antyalkoholowego towarzystwa.” Trzeba przyznać, że kryteria przynależności do Republiki są bardzo przez jej obywateli respektowane, a przez jej Prezydenta - w szczególności. [caption id="attachment_4485" align="alignright" width="300" caption="Początki Karaibskiej Republiki Żeglarskiej"][/caption] Andrzej wprowadził mnie w świat wagnerowskiej przygody właśnie na tym rejsie, w 2002 roku i tam też, na niewielkiej rafie w restauracji „The Last Resort” powstał pomysł uświetnienia tego miejsca tablicą. Władysław Wagner wybudował ten dom; naprzeciw, na Beef Island – lotnisko;  dalej – przeprawę promową pomiędzy Beef Island i wyspą Tortola, również i wiele innych domów; stworzył na BVI szkołę żeglarska dla młodzieży amerykańskiej, uruchomił też - mówiąc dzisiejszym jezykiem - aktywność biznesową w tutejszym środowisku. W 1963 roku Wagner wyprowadził się z BVI  do Puerto Rico, tam zbudował i przez kilka lat prowadził stocznię, poczym na emeryturę przeniósł się z rodziną do Orlando na Florydzie.  Tam też, w 1990 roku Andrzej odwiedził go dwukrotnie. Był ostatnim polskim żeglarzem, który spędził z Wagnerem trochę czasu, rozmawiał z nim, część z tych rozmów nagrał. Jest niewątpliwie depozytariuszem Wagnerowskiej Odysei. Pomysł zlotu polonijnych żeglarzy zrodzil się właśnie podczas tych rozmów. Andrzej już widział oczami wyobraźni, jak do portu w Gdyni wpływa flota polonijnych jachtów prowadzona przez „Zjawę III” z Kpt. Władysławem Wagnerem. Prawdopodobnie obaj się do tego pomysłu zapalili. Pomysł - chociaż nie w pełni - wypalił. Aktualni właściciele „Zjawy III”, Anglicy nie byli zainteresowani udziałem jachtu w polonijnym zlocie. A Władek Wagner miał wylew i nie kwalifikował się już do żadnej podróży.  Flotę polonijnych jachtów  wprowadzał  jacht „Solidarity”, z kpt. Andrzejem  Piotrowskim. Na zlot dotarł list od Wagnera do dziś przechowywany jak relikwia przez Andrzeja.  Można powiedzieć, że Wagner był wtedy pośród polonijnych żeglarzy. Zmarł w rok póżniej, w 1992 roku. [caption id="attachment_4486" align="alignleft" width="300" caption=""Branki" i piraci z Karaibskiej Republiki Żeglarskiej na BVI - marzec 2011 r."][/caption] Potem aktywność Andrzeja stale rosła. Trudno jest zliczyć wydarzenia żeglarskie i dziennikarskie, których był autorem,  może ktoś kiedyś podejmie się tego, wcale niełatwego, zadania, bo gdy będzie błądził w gąszczu tych wydarzeń napotka ludzi bardzo do Andrzeja uprzedzonych, starających się pomniejszać wszystkie jego osiągnięcia, zazdrosnych, zawistnych, złych na siebie, że na to nie wpadli, jak również takich, którzy Andrzejowe osiągnięcia  będą wprost zawłaszczali. Znam kilka prób  przypisania sobie zasługi powołania Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, tego, jakże niezwyklego, pomysłu zapowiadającego egzotyczną przygodę. „Eee, co tam, każdy może mieć taki pomysł.” – słyszałem z wielu ust. Na szczęście więcej jest entuzjastów, a lista osiągnięć Republiki jest niemała.  Karaibska Republika Żeglarska lansuje wolne żeglarstwo, nie przypisane do żadnych klubów, żadnych zwiazków czy też organizacji. Nie ma tam wyborów prezesów, zarządów, nie ma głosowania za i przeciw,  za to obowiązkowe jest duże poczucie humoru i dożywotni Prezydent, który w Republice jest jedynym autorytetem przyjmujacym nowych obywateli. Karaibska Republika Żeglarska wydaje swój biuletyn, który jest znakomitym kompendium egzotycznych rejsów, opowiada też o spotkaniach z ludźmi, o których naprawdę warto pisać, pełno tam historycznych opowieści z mórz, no i polonica. Ostatnim Andrzeja  odkryciem jest potomek króla Kazimierza Warneńczyka; Carlos Borges,  mieszkaniec Azorów i cała historia króla, który po bitwie pod Warną zniknął, nie znaleziono jego ciała... Ta tajemnicza historia ma swój dalszy ciąg, o czym można poczytać w biuletynach Republiki. [caption id="attachment_4487" align="alignright" width="300" caption="Prezydent z nową "branką"."][/caption] Nie wiem ile Andrzej napisał książek. Mam pod ręką „Tahiti Challenge”, „Tonga Adventure” i „Kapitańskie reminescencje”. Zwłaszcza ta ostatnia, bardzo osobista,  robi  wrażenie i... jest jakby nie zauważona w naszym żeglarskim środowisku. „E tam, każdy to może napisać.” – słyszę znowu. Prawda. Trzeba tylko mieć literacki talent i dziennikarski pazur. Tematami jego książek są rejsy i wyprawy morskie. Rejestrując je nie po kolei, warto wymienić rejs „Solidarity” kanałami w poprzek Francji, kilkanaście (on sam nie wie ile) rejsów przez Atlantyk na „Gemini” i „Solidarity", oraz na katamaranie „Atlantyk Adventure”. Kilkakrotne wyprawy żeglarskie na wyspy Polinezji, droga wodna z Chicago rzeką Mississipi  do Zatoki Meksykańskiej i dalej – na Karaiby. Wędrówki po archipelagach Azorów, Wysp Kanaryjskich i Karaibów. Przez lata funkcjonowała w Chicago „Mesa Kapitana Piotrowskiego”, miejsce spotkań żeglarskich, gdzie powstawały znakomite audycje radiowe, oczywiście o żeglarskiej tematyce. Do dziś zresztą Andrzej jest gościem polonijnego radia w Chicago.  Pisał do wydawanego w Polsce miesięcznika „Rejs”, dużo drukuje w polonijnej prasie. Andrzej jest typem samotnika mimo, że sam nigdy nie jest. Ani na wodzie ani na lądzie.  Potrafi przyciągnąć do siebie ludzi niewątpliwą sławą i barwnymi opowieściami, którymi bardzo wiąże załągę, a jednocześnie zniechęcić, kiedy ktoś  mu na odcisk nadepnie.  Jestem jednym z tych, którym to wcale nie przeszkadza. Cenię sobie tę znajomość, może nawet – bardzo trudną przyjażń, ponieważ jest to facet, od którego na jachcie można się bardzo wiele nauczyć. No i posłuchać... [caption id="attachment_4488" align="alignleft" width="300" caption="W 1995 r. na tej wysepce (Sandy Key) powstala Żeglarska Republika Karaibska."][/caption] Kiedys pozostał z jachtem "Gemini" sam na Martynice. Ktoś tam nagle zszedł, ktoś nie doleciał, aby mu pomoc przeprowadzić jacht na St.Martin, więc szykował się do podróży sam. Wieczór przed wyruszeniem w drogę spędzał w miejscu, które się najlepiej do tego nadaje; jacht stał na mooring gdzieś tam w zatoce, a nasz kapitan siedział w portowej knajpce z dopiero co poznanym Szwedem, któremu też coś tam z jachtem nie zagrało i miał sporo wolnego czasu. Postanowili wyruszyć razem, ale ponieważ zaprzyjaźnili się, trochę im tam jeszcze zeszło w tym miejscu żeglarskich spotkań. Wreszcie wskoczyli do Andrzejowego dinhgi i ruszyli w kierunku „Gemini”, która oczekiwała w  zatoce, pośród wielu jednakowych ciemnych sylwetek jachtów. Kto kiedyś już wracał nieco spóźniony na jacht ciemną nocą wie, jak niełatwe to przedsięwzięcie – wszystkie jachty jednakowe, prawie ich nie widać a cóż dopiero odczytać nazwę, gdy światła w kokpicie lub na maszcie pozostawili tylko nieliczni. Na początku szło im kiepsko, gdziekolwiek nie podpłynęli to nie był ten jacht. Na domiar złego zgasł silnik a na dinhgi już więcej benzyny nie było. Wioseł też nie. Wyskoczyli więc obaj do wody, jeden ciagnął cumę, drugi popychał  rufę i podpłynęli do najbliższego jachtu, grzecznie zastukali w burtę, ktoś tam wyjrzał i zobaczył pustą dinghi, która ludzkim głosem zapytała gdzie jest „Gemini”. Trudno jest opisać zdziwienie obudzonych żeglarzy, którzy nie mogli odnaleźć  żródła głosu, a poza tym nie mieli pojęcia gdzie stoi „Gemini”. I tak od jachtu, do jachtu... Nad ranem odnaleźli zgubę. [caption id="attachment_4489" align="alignright" width="300" caption="Autor (z lewej) z Andrzejem Piotrowskim"][/caption] Ruszyli w rejs i Andrzej, jak to Andrzej, postanowil Szweda trochę podedukowć. W historii, oczywiście. Jakież było Andrzeja zdziwienie, gdy Szwed okazał się ignorantem i wcale nie wiedział o tym, że korona szwedzka należała się nam, a Karol Gustaw był zwykłym uzurpatorem i w dodatku kryminalistą, który najechał Polskę zbrojnie, ale potem dostał zasłużenie w skórę. Szwed znał zupełnie inną wersje tej samej historii, wiedział, że ten wielki król Szwecji, Karol Gustaw... Musiał przerwać. Andrzej przypomniał mu, że jest na polskim jachcie i głosi tu historie niegodne Andrzeja uszu i  to się nie może dobrze skończyć.... I jak tu Go nie lubić, tego Piotrowskiego... Zbigniew Turkiewicz
  • Buy Bactrim Without Prescription
    March 25, 2021 | 10:08 pmCieszy eksplozja wspomnień z Uroczystości Wagnerowskiej na BVI.  Pośród paru setek uczestników conajmniej połowa fotografowała.  Wielu filmowalo i już można znależć na  Youtube kilkuminutowe filmiki. Opowiadają o wydarzeniu tak jak je widzieli:  udekorowana polskimi flagami zatoka Trellis Bay, uroczystośc odsłonięcia tablicy,  wielkie polskie party, msza żeglarska.  Cieszy fakt, że się wszystkim podobało, chociaż nie obyło sie bez kłopotów, o których wiedzą organizatorzy, nie obyło się też bez konfliktu, który był marginalny i niewielu go widziało, jednak spopularyzowany przez internet, zyskał sławę chwilami wręcz przyćmiewajacą  samo wydarzenie. Widocznie tak musi być, gdy rum zaszumi w głowie – wszak to byli zeglarze. Otóż to! Nie byłoby tego wydarzenia, tej skali – gdyby nie paru ludzi z charakterem,  w dodatku – żeglarzy.  Gdyby za przygotowanie Wagnerowskiej Uroczystości na BVI wzięli się ludzie o spokojnym, zrównoważonym charakterze – zapewne nic takiego by się nie zdarzyło.  Spotkały się niespokojne dusze,  ludzie nie za bardzo kompromisowi i... dlatego się wszystko udało.  Im właśnie, tym niepokornym, którzy złamali ciszę wokół Wagnera i doprowadzili do wydarzenia zwanego dzisiaj "Wagner Sailing Rally 2012"  – zamierzam poświecić cykl opowiastek, o każdym z nich. Kpt. Andrzej Piotrowski, żeglarz chyba od urodzenia, wielki patriota i znawca historii Polski, autor książek i dziesiątków artykułów żeglarskich, świetny gawędzierz, poszukiwacz rozsianych po świecie poloników, komandor I Światowego Zlotu Polonijnych Żeglarzy  w 1991 roku w Gdyni, były komandor „Joseph Conrad Polish Yacht Club” w Chicago,  prezydent założonej w 1995 roku Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, i wreszcie -  ojciec  „Wagner Sailing Rally 2012”. [caption id="attachment_4484" align="alignleft" width="300" caption="Beef Island 2002 r. (od lewej J. Kwaśnicki, A. Piotrowski i autor)"][/caption] Byłem świadkiem narodzin tego pomysłu.  Poznaliśmy się w rejsie z Puerto Rico poprzez British Virgin Island na St. Martin na, dowodzonym przez niego, 40-stopowym jachcie „Gemini” w 2002 roku.  Chyba trzeciego dnia rejsu Andrzej wprowadził jacht do Zatoki Trellis Bay na  Beef Island. Mieliśmy tam do załatwienia dwie sprawy:  sfilmować wprowadzenie naszej załogi do Karaibskiej Republik Żeglarskiej i odwiedzić miejsca związane z Władysławem Wagnerem.  Dwa wydarzenia, które „zakręciły” mnie na następne dziesięć lat.  Za sprawą Andrzeja Piotrowskiego. Nie jest łatwo o nim pisać, podobnie jak i niełatwo być jego przyjacielem.  Trudny charakter, twardy facet, bardzo nieustępliwy w obronie swoich poglądów, „jedynych słusznych”, a czasami – dusza towarzystwa. Pamiętam jak na  regatach na Morzu Karaibskim, w których startowaliśmy na „Gemini”,  zwracaliśmy na siebie uwagę jako najbardziej rozbawiona załoga. Potrafi być dowcipny, rozbrajający w konwersacji i zarazem złośliwy do bólu.  Bywa, że trudno z nim wytrzymać.  Jego szczególne poczucie humoru i w jakimś stopniu ideologię, charakteryzuje jeden z pierwszych paragrafów konstytucji Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, który brzmi: „Obywatel KRŻ cieszy się nieskazitelną opinią, którą potwierdza częstymi odwiedzinami barów” oraz kolejny paragraf: „Nie może być obywatelem KRŻ  członek lub sympatyk jakiegokolwiek antyalkoholowego towarzystwa.” Trzeba przyznać, że kryteria przynależności do Republiki są bardzo przez jej obywateli respektowane, a przez jej Prezydenta - w szczególności. [caption id="attachment_4485" align="alignright" width="300" caption="Początki Karaibskiej Republiki Żeglarskiej"][/caption] Andrzej wprowadził mnie w świat wagnerowskiej przygody właśnie na tym rejsie, w 2002 roku i tam też, na niewielkiej rafie w restauracji „The Last Resort” powstał pomysł uświetnienia tego miejsca tablicą. Władysław Wagner wybudował ten dom; naprzeciw, na Beef Island – lotnisko;  dalej – przeprawę promową pomiędzy Beef Island i wyspą Tortola, również i wiele innych domów; stworzył na BVI szkołę żeglarska dla młodzieży amerykańskiej, uruchomił też - mówiąc dzisiejszym jezykiem - aktywność biznesową w tutejszym środowisku. W 1963 roku Wagner wyprowadził się z BVI  do Puerto Rico, tam zbudował i przez kilka lat prowadził stocznię, poczym na emeryturę przeniósł się z rodziną do Orlando na Florydzie.  Tam też, w 1990 roku Andrzej odwiedził go dwukrotnie. Był ostatnim polskim żeglarzem, który spędził z Wagnerem trochę czasu, rozmawiał z nim, część z tych rozmów nagrał. Jest niewątpliwie depozytariuszem Wagnerowskiej Odysei. Pomysł zlotu polonijnych żeglarzy zrodzil się właśnie podczas tych rozmów. Andrzej już widział oczami wyobraźni, jak do portu w Gdyni wpływa flota polonijnych jachtów prowadzona przez „Zjawę III” z Kpt. Władysławem Wagnerem. Prawdopodobnie obaj się do tego pomysłu zapalili. Pomysł - chociaż nie w pełni - wypalił. Aktualni właściciele „Zjawy III”, Anglicy nie byli zainteresowani udziałem jachtu w polonijnym zlocie. A Władek Wagner miał wylew i nie kwalifikował się już do żadnej podróży.  Flotę polonijnych jachtów  wprowadzał  jacht „Solidarity”, z kpt. Andrzejem  Piotrowskim. Na zlot dotarł list od Wagnera do dziś przechowywany jak relikwia przez Andrzeja.  Można powiedzieć, że Wagner był wtedy pośród polonijnych żeglarzy. Zmarł w rok póżniej, w 1992 roku. [caption id="attachment_4486" align="alignleft" width="300" caption=""Branki" i piraci z Karaibskiej Republiki Żeglarskiej na BVI - marzec 2011 r."][/caption] Potem aktywność Andrzeja stale rosła. Trudno jest zliczyć wydarzenia żeglarskie i dziennikarskie, których był autorem,  może ktoś kiedyś podejmie się tego, wcale niełatwego, zadania, bo gdy będzie błądził w gąszczu tych wydarzeń napotka ludzi bardzo do Andrzeja uprzedzonych, starających się pomniejszać wszystkie jego osiągnięcia, zazdrosnych, zawistnych, złych na siebie, że na to nie wpadli, jak również takich, którzy Andrzejowe osiągnięcia  będą wprost zawłaszczali. Znam kilka prób  przypisania sobie zasługi powołania Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, tego, jakże niezwyklego, pomysłu zapowiadającego egzotyczną przygodę. „Eee, co tam, każdy może mieć taki pomysł.” – słyszałem z wielu ust. Na szczęście więcej jest entuzjastów, a lista osiągnięć Republiki jest niemała.  Karaibska Republika Żeglarska lansuje wolne żeglarstwo, nie przypisane do żadnych klubów, żadnych zwiazków czy też organizacji. Nie ma tam wyborów prezesów, zarządów, nie ma głosowania za i przeciw,  za to obowiązkowe jest duże poczucie humoru i dożywotni Prezydent, który w Republice jest jedynym autorytetem przyjmujacym nowych obywateli. Karaibska Republika Żeglarska wydaje swój biuletyn, który jest znakomitym kompendium egzotycznych rejsów, opowiada też o spotkaniach z ludźmi, o których naprawdę warto pisać, pełno tam historycznych opowieści z mórz, no i polonica. Ostatnim Andrzeja  odkryciem jest potomek króla Kazimierza Warneńczyka; Carlos Borges,  mieszkaniec Azorów i cała historia króla, który po bitwie pod Warną zniknął, nie znaleziono jego ciała... Ta tajemnicza historia ma swój dalszy ciąg, o czym można poczytać w biuletynach Republiki. [caption id="attachment_4487" align="alignright" width="300" caption="Prezydent z nową "branką"."][/caption] Nie wiem ile Andrzej napisał książek. Mam pod ręką „Tahiti Challenge”, „Tonga Adventure” i „Kapitańskie reminescencje”. Zwłaszcza ta ostatnia, bardzo osobista,  robi  wrażenie i... jest jakby nie zauważona w naszym żeglarskim środowisku. „E tam, każdy to może napisać.” – słyszę znowu. Prawda. Trzeba tylko mieć literacki talent i dziennikarski pazur. Tematami jego książek są rejsy i wyprawy morskie. Rejestrując je nie po kolei, warto wymienić rejs „Solidarity” kanałami w poprzek Francji, kilkanaście (on sam nie wie ile) rejsów przez Atlantyk na „Gemini” i „Solidarity", oraz na katamaranie „Atlantyk Adventure”. Kilkakrotne wyprawy żeglarskie na wyspy Polinezji, droga wodna z Chicago rzeką Mississipi  do Zatoki Meksykańskiej i dalej – na Karaiby. Wędrówki po archipelagach Azorów, Wysp Kanaryjskich i Karaibów. Przez lata funkcjonowała w Chicago „Mesa Kapitana Piotrowskiego”, miejsce spotkań żeglarskich, gdzie powstawały znakomite audycje radiowe, oczywiście o żeglarskiej tematyce. Do dziś zresztą Andrzej jest gościem polonijnego radia w Chicago.  Pisał do wydawanego w Polsce miesięcznika „Rejs”, dużo drukuje w polonijnej prasie. Andrzej jest typem samotnika mimo, że sam nigdy nie jest. Ani na wodzie ani na lądzie.  Potrafi przyciągnąć do siebie ludzi niewątpliwą sławą i barwnymi opowieściami, którymi bardzo wiąże załągę, a jednocześnie zniechęcić, kiedy ktoś  mu na odcisk nadepnie.  Jestem jednym z tych, którym to wcale nie przeszkadza. Cenię sobie tę znajomość, może nawet – bardzo trudną przyjażń, ponieważ jest to facet, od którego na jachcie można się bardzo wiele nauczyć. No i posłuchać... [caption id="attachment_4488" align="alignleft" width="300" caption="W 1995 r. na tej wysepce (Sandy Key) powstala Żeglarska Republika Karaibska."][/caption] Kiedys pozostał z jachtem "Gemini" sam na Martynice. Ktoś tam nagle zszedł, ktoś nie doleciał, aby mu pomoc przeprowadzić jacht na St.Martin, więc szykował się do podróży sam. Wieczór przed wyruszeniem w drogę spędzał w miejscu, które się najlepiej do tego nadaje; jacht stał na mooring gdzieś tam w zatoce, a nasz kapitan siedział w portowej knajpce z dopiero co poznanym Szwedem, któremu też coś tam z jachtem nie zagrało i miał sporo wolnego czasu. Postanowili wyruszyć razem, ale ponieważ zaprzyjaźnili się, trochę im tam jeszcze zeszło w tym miejscu żeglarskich spotkań. Wreszcie wskoczyli do Andrzejowego dinhgi i ruszyli w kierunku „Gemini”, która oczekiwała w  zatoce, pośród wielu jednakowych ciemnych sylwetek jachtów. Kto kiedyś już wracał nieco spóźniony na jacht ciemną nocą wie, jak niełatwe to przedsięwzięcie – wszystkie jachty jednakowe, prawie ich nie widać a cóż dopiero odczytać nazwę, gdy światła w kokpicie lub na maszcie pozostawili tylko nieliczni. Na początku szło im kiepsko, gdziekolwiek nie podpłynęli to nie był ten jacht. Na domiar złego zgasł silnik a na dinhgi już więcej benzyny nie było. Wioseł też nie. Wyskoczyli więc obaj do wody, jeden ciagnął cumę, drugi popychał  rufę i podpłynęli do najbliższego jachtu, grzecznie zastukali w burtę, ktoś tam wyjrzał i zobaczył pustą dinghi, która ludzkim głosem zapytała gdzie jest „Gemini”. Trudno jest opisać zdziwienie obudzonych żeglarzy, którzy nie mogli odnaleźć  żródła głosu, a poza tym nie mieli pojęcia gdzie stoi „Gemini”. I tak od jachtu, do jachtu... Nad ranem odnaleźli zgubę. [caption id="attachment_4489" align="alignright" width="300" caption="Autor (z lewej) z Andrzejem Piotrowskim"][/caption] Ruszyli w rejs i Andrzej, jak to Andrzej, postanowil Szweda trochę podedukowć. W historii, oczywiście. Jakież było Andrzeja zdziwienie, gdy Szwed okazał się ignorantem i wcale nie wiedział o tym, że korona szwedzka należała się nam, a Karol Gustaw był zwykłym uzurpatorem i w dodatku kryminalistą, który najechał Polskę zbrojnie, ale potem dostał zasłużenie w skórę. Szwed znał zupełnie inną wersje tej samej historii, wiedział, że ten wielki król Szwecji, Karol Gustaw... Musiał przerwać. Andrzej przypomniał mu, że jest na polskim jachcie i głosi tu historie niegodne Andrzeja uszu i  to się nie może dobrze skończyć.... I jak tu Go nie lubić, tego Piotrowskiego... Zbigniew Turkiewicz
  • Diflucan For Sale
    March 24, 2021 | 7:24 pmCieszy eksplozja wspomnień z Uroczystości Wagnerowskiej na BVI.  Pośród paru setek uczestników conajmniej połowa fotografowała.  Wielu filmowalo i już można znależć na  Youtube kilkuminutowe filmiki. Opowiadają o wydarzeniu tak jak je widzieli:  udekorowana polskimi flagami zatoka Trellis Bay, uroczystośc odsłonięcia tablicy,  wielkie polskie party, msza żeglarska.  Cieszy fakt, że się wszystkim podobało, chociaż nie obyło sie bez kłopotów, o których wiedzą organizatorzy, nie obyło się też bez konfliktu, który był marginalny i niewielu go widziało, jednak spopularyzowany przez internet, zyskał sławę chwilami wręcz przyćmiewajacą  samo wydarzenie. Widocznie tak musi być, gdy rum zaszumi w głowie – wszak to byli zeglarze. Otóż to! Nie byłoby tego wydarzenia, tej skali – gdyby nie paru ludzi z charakterem,  w dodatku – żeglarzy.  Gdyby za przygotowanie Wagnerowskiej Uroczystości na BVI wzięli się ludzie o spokojnym, zrównoważonym charakterze – zapewne nic takiego by się nie zdarzyło.  Spotkały się niespokojne dusze,  ludzie nie za bardzo kompromisowi i... dlatego się wszystko udało.  Im właśnie, tym niepokornym, którzy złamali ciszę wokół Wagnera i doprowadzili do wydarzenia zwanego dzisiaj "Wagner Sailing Rally 2012"  – zamierzam poświecić cykl opowiastek, o każdym z nich. Kpt. Andrzej Piotrowski, żeglarz chyba od urodzenia, wielki patriota i znawca historii Polski, autor książek i dziesiątków artykułów żeglarskich, świetny gawędzierz, poszukiwacz rozsianych po świecie poloników, komandor I Światowego Zlotu Polonijnych Żeglarzy  w 1991 roku w Gdyni, były komandor „Joseph Conrad Polish Yacht Club” w Chicago,  prezydent założonej w 1995 roku Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, i wreszcie -  ojciec  „Wagner Sailing Rally 2012”. [caption id="attachment_4484" align="alignleft" width="300" caption="Beef Island 2002 r. (od lewej J. Kwaśnicki, A. Piotrowski i autor)"][/caption] Byłem świadkiem narodzin tego pomysłu.  Poznaliśmy się w rejsie z Puerto Rico poprzez British Virgin Island na St. Martin na, dowodzonym przez niego, 40-stopowym jachcie „Gemini” w 2002 roku.  Chyba trzeciego dnia rejsu Andrzej wprowadził jacht do Zatoki Trellis Bay na  Beef Island. Mieliśmy tam do załatwienia dwie sprawy:  sfilmować wprowadzenie naszej załogi do Karaibskiej Republik Żeglarskiej i odwiedzić miejsca związane z Władysławem Wagnerem.  Dwa wydarzenia, które „zakręciły” mnie na następne dziesięć lat.  Za sprawą Andrzeja Piotrowskiego. Nie jest łatwo o nim pisać, podobnie jak i niełatwo być jego przyjacielem.  Trudny charakter, twardy facet, bardzo nieustępliwy w obronie swoich poglądów, „jedynych słusznych”, a czasami – dusza towarzystwa. Pamiętam jak na  regatach na Morzu Karaibskim, w których startowaliśmy na „Gemini”,  zwracaliśmy na siebie uwagę jako najbardziej rozbawiona załoga. Potrafi być dowcipny, rozbrajający w konwersacji i zarazem złośliwy do bólu.  Bywa, że trudno z nim wytrzymać.  Jego szczególne poczucie humoru i w jakimś stopniu ideologię, charakteryzuje jeden z pierwszych paragrafów konstytucji Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, który brzmi: „Obywatel KRŻ cieszy się nieskazitelną opinią, którą potwierdza częstymi odwiedzinami barów” oraz kolejny paragraf: „Nie może być obywatelem KRŻ  członek lub sympatyk jakiegokolwiek antyalkoholowego towarzystwa.” Trzeba przyznać, że kryteria przynależności do Republiki są bardzo przez jej obywateli respektowane, a przez jej Prezydenta - w szczególności. [caption id="attachment_4485" align="alignright" width="300" caption="Początki Karaibskiej Republiki Żeglarskiej"][/caption] Andrzej wprowadził mnie w świat wagnerowskiej przygody właśnie na tym rejsie, w 2002 roku i tam też, na niewielkiej rafie w restauracji „The Last Resort” powstał pomysł uświetnienia tego miejsca tablicą. Władysław Wagner wybudował ten dom; naprzeciw, na Beef Island – lotnisko;  dalej – przeprawę promową pomiędzy Beef Island i wyspą Tortola, również i wiele innych domów; stworzył na BVI szkołę żeglarska dla młodzieży amerykańskiej, uruchomił też - mówiąc dzisiejszym jezykiem - aktywność biznesową w tutejszym środowisku. W 1963 roku Wagner wyprowadził się z BVI  do Puerto Rico, tam zbudował i przez kilka lat prowadził stocznię, poczym na emeryturę przeniósł się z rodziną do Orlando na Florydzie.  Tam też, w 1990 roku Andrzej odwiedził go dwukrotnie. Był ostatnim polskim żeglarzem, który spędził z Wagnerem trochę czasu, rozmawiał z nim, część z tych rozmów nagrał. Jest niewątpliwie depozytariuszem Wagnerowskiej Odysei. Pomysł zlotu polonijnych żeglarzy zrodzil się właśnie podczas tych rozmów. Andrzej już widział oczami wyobraźni, jak do portu w Gdyni wpływa flota polonijnych jachtów prowadzona przez „Zjawę III” z Kpt. Władysławem Wagnerem. Prawdopodobnie obaj się do tego pomysłu zapalili. Pomysł - chociaż nie w pełni - wypalił. Aktualni właściciele „Zjawy III”, Anglicy nie byli zainteresowani udziałem jachtu w polonijnym zlocie. A Władek Wagner miał wylew i nie kwalifikował się już do żadnej podróży.  Flotę polonijnych jachtów  wprowadzał  jacht „Solidarity”, z kpt. Andrzejem  Piotrowskim. Na zlot dotarł list od Wagnera do dziś przechowywany jak relikwia przez Andrzeja.  Można powiedzieć, że Wagner był wtedy pośród polonijnych żeglarzy. Zmarł w rok póżniej, w 1992 roku. [caption id="attachment_4486" align="alignleft" width="300" caption=""Branki" i piraci z Karaibskiej Republiki Żeglarskiej na BVI - marzec 2011 r."][/caption] Potem aktywność Andrzeja stale rosła. Trudno jest zliczyć wydarzenia żeglarskie i dziennikarskie, których był autorem,  może ktoś kiedyś podejmie się tego, wcale niełatwego, zadania, bo gdy będzie błądził w gąszczu tych wydarzeń napotka ludzi bardzo do Andrzeja uprzedzonych, starających się pomniejszać wszystkie jego osiągnięcia, zazdrosnych, zawistnych, złych na siebie, że na to nie wpadli, jak również takich, którzy Andrzejowe osiągnięcia  będą wprost zawłaszczali. Znam kilka prób  przypisania sobie zasługi powołania Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, tego, jakże niezwyklego, pomysłu zapowiadającego egzotyczną przygodę. „Eee, co tam, każdy może mieć taki pomysł.” – słyszałem z wielu ust. Na szczęście więcej jest entuzjastów, a lista osiągnięć Republiki jest niemała.  Karaibska Republika Żeglarska lansuje wolne żeglarstwo, nie przypisane do żadnych klubów, żadnych zwiazków czy też organizacji. Nie ma tam wyborów prezesów, zarządów, nie ma głosowania za i przeciw,  za to obowiązkowe jest duże poczucie humoru i dożywotni Prezydent, który w Republice jest jedynym autorytetem przyjmujacym nowych obywateli. Karaibska Republika Żeglarska wydaje swój biuletyn, który jest znakomitym kompendium egzotycznych rejsów, opowiada też o spotkaniach z ludźmi, o których naprawdę warto pisać, pełno tam historycznych opowieści z mórz, no i polonica. Ostatnim Andrzeja  odkryciem jest potomek króla Kazimierza Warneńczyka; Carlos Borges,  mieszkaniec Azorów i cała historia króla, który po bitwie pod Warną zniknął, nie znaleziono jego ciała... Ta tajemnicza historia ma swój dalszy ciąg, o czym można poczytać w biuletynach Republiki. [caption id="attachment_4487" align="alignright" width="300" caption="Prezydent z nową "branką"."][/caption] Nie wiem ile Andrzej napisał książek. Mam pod ręką „Tahiti Challenge”, „Tonga Adventure” i „Kapitańskie reminescencje”. Zwłaszcza ta ostatnia, bardzo osobista,  robi  wrażenie i... jest jakby nie zauważona w naszym żeglarskim środowisku. „E tam, każdy to może napisać.” – słyszę znowu. Prawda. Trzeba tylko mieć literacki talent i dziennikarski pazur. Tematami jego książek są rejsy i wyprawy morskie. Rejestrując je nie po kolei, warto wymienić rejs „Solidarity” kanałami w poprzek Francji, kilkanaście (on sam nie wie ile) rejsów przez Atlantyk na „Gemini” i „Solidarity", oraz na katamaranie „Atlantyk Adventure”. Kilkakrotne wyprawy żeglarskie na wyspy Polinezji, droga wodna z Chicago rzeką Mississipi  do Zatoki Meksykańskiej i dalej – na Karaiby. Wędrówki po archipelagach Azorów, Wysp Kanaryjskich i Karaibów. Przez lata funkcjonowała w Chicago „Mesa Kapitana Piotrowskiego”, miejsce spotkań żeglarskich, gdzie powstawały znakomite audycje radiowe, oczywiście o żeglarskiej tematyce. Do dziś zresztą Andrzej jest gościem polonijnego radia w Chicago.  Pisał do wydawanego w Polsce miesięcznika „Rejs”, dużo drukuje w polonijnej prasie. Andrzej jest typem samotnika mimo, że sam nigdy nie jest. Ani na wodzie ani na lądzie.  Potrafi przyciągnąć do siebie ludzi niewątpliwą sławą i barwnymi opowieściami, którymi bardzo wiąże załągę, a jednocześnie zniechęcić, kiedy ktoś  mu na odcisk nadepnie.  Jestem jednym z tych, którym to wcale nie przeszkadza. Cenię sobie tę znajomość, może nawet – bardzo trudną przyjażń, ponieważ jest to facet, od którego na jachcie można się bardzo wiele nauczyć. No i posłuchać... [caption id="attachment_4488" align="alignleft" width="300" caption="W 1995 r. na tej wysepce (Sandy Key) powstala Żeglarska Republika Karaibska."][/caption] Kiedys pozostał z jachtem "Gemini" sam na Martynice. Ktoś tam nagle zszedł, ktoś nie doleciał, aby mu pomoc przeprowadzić jacht na St.Martin, więc szykował się do podróży sam. Wieczór przed wyruszeniem w drogę spędzał w miejscu, które się najlepiej do tego nadaje; jacht stał na mooring gdzieś tam w zatoce, a nasz kapitan siedział w portowej knajpce z dopiero co poznanym Szwedem, któremu też coś tam z jachtem nie zagrało i miał sporo wolnego czasu. Postanowili wyruszyć razem, ale ponieważ zaprzyjaźnili się, trochę im tam jeszcze zeszło w tym miejscu żeglarskich spotkań. Wreszcie wskoczyli do Andrzejowego dinhgi i ruszyli w kierunku „Gemini”, która oczekiwała w  zatoce, pośród wielu jednakowych ciemnych sylwetek jachtów. Kto kiedyś już wracał nieco spóźniony na jacht ciemną nocą wie, jak niełatwe to przedsięwzięcie – wszystkie jachty jednakowe, prawie ich nie widać a cóż dopiero odczytać nazwę, gdy światła w kokpicie lub na maszcie pozostawili tylko nieliczni. Na początku szło im kiepsko, gdziekolwiek nie podpłynęli to nie był ten jacht. Na domiar złego zgasł silnik a na dinhgi już więcej benzyny nie było. Wioseł też nie. Wyskoczyli więc obaj do wody, jeden ciagnął cumę, drugi popychał  rufę i podpłynęli do najbliższego jachtu, grzecznie zastukali w burtę, ktoś tam wyjrzał i zobaczył pustą dinghi, która ludzkim głosem zapytała gdzie jest „Gemini”. Trudno jest opisać zdziwienie obudzonych żeglarzy, którzy nie mogli odnaleźć  żródła głosu, a poza tym nie mieli pojęcia gdzie stoi „Gemini”. I tak od jachtu, do jachtu... Nad ranem odnaleźli zgubę. [caption id="attachment_4489" align="alignright" width="300" caption="Autor (z lewej) z Andrzejem Piotrowskim"][/caption] Ruszyli w rejs i Andrzej, jak to Andrzej, postanowil Szweda trochę podedukowć. W historii, oczywiście. Jakież było Andrzeja zdziwienie, gdy Szwed okazał się ignorantem i wcale nie wiedział o tym, że korona szwedzka należała się nam, a Karol Gustaw był zwykłym uzurpatorem i w dodatku kryminalistą, który najechał Polskę zbrojnie, ale potem dostał zasłużenie w skórę. Szwed znał zupełnie inną wersje tej samej historii, wiedział, że ten wielki król Szwecji, Karol Gustaw... Musiał przerwać. Andrzej przypomniał mu, że jest na polskim jachcie i głosi tu historie niegodne Andrzeja uszu i  to się nie może dobrze skończyć.... I jak tu Go nie lubić, tego Piotrowskiego... Zbigniew Turkiewicz
  • Human Growth Hormone For Sale
    March 21, 2022 | 3:06 pmCieszy eksplozja wspomnień z Uroczystości Wagnerowskiej na BVI.  Pośród paru setek uczestników conajmniej połowa fotografowała.  Wielu filmowalo i już można znależć na  Youtube kilkuminutowe filmiki. Opowiadają o wydarzeniu tak jak je widzieli:  udekorowana polskimi flagami zatoka Trellis Bay, uroczystośc odsłonięcia tablicy,  wielkie polskie party, msza żeglarska.  Cieszy fakt, że się wszystkim podobało, chociaż nie obyło sie bez kłopotów, o których wiedzą organizatorzy, nie obyło się też bez konfliktu, który był marginalny i niewielu go widziało, jednak spopularyzowany przez internet, zyskał sławę chwilami wręcz przyćmiewajacą  samo wydarzenie. Widocznie tak musi być, gdy rum zaszumi w głowie – wszak to byli zeglarze. Otóż to! Nie byłoby tego wydarzenia, tej skali – gdyby nie paru ludzi z charakterem,  w dodatku – żeglarzy.  Gdyby za przygotowanie Wagnerowskiej Uroczystości na BVI wzięli się ludzie o spokojnym, zrównoważonym charakterze – zapewne nic takiego by się nie zdarzyło.  Spotkały się niespokojne dusze,  ludzie nie za bardzo kompromisowi i... dlatego się wszystko udało.  Im właśnie, tym niepokornym, którzy złamali ciszę wokół Wagnera i doprowadzili do wydarzenia zwanego dzisiaj "Wagner Sailing Rally 2012"  – zamierzam poświecić cykl opowiastek, o każdym z nich. Kpt. Andrzej Piotrowski, żeglarz chyba od urodzenia, wielki patriota i znawca historii Polski, autor książek i dziesiątków artykułów żeglarskich, świetny gawędzierz, poszukiwacz rozsianych po świecie poloników, komandor I Światowego Zlotu Polonijnych Żeglarzy  w 1991 roku w Gdyni, były komandor „Joseph Conrad Polish Yacht Club” w Chicago,  prezydent założonej w 1995 roku Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, i wreszcie -  ojciec  „Wagner Sailing Rally 2012”. [caption id="attachment_4484" align="alignleft" width="300" caption="Beef Island 2002 r. (od lewej J. Kwaśnicki, A. Piotrowski i autor)"][/caption] Byłem świadkiem narodzin tego pomysłu.  Poznaliśmy się w rejsie z Puerto Rico poprzez British Virgin Island na St. Martin na, dowodzonym przez niego, 40-stopowym jachcie „Gemini” w 2002 roku.  Chyba trzeciego dnia rejsu Andrzej wprowadził jacht do Zatoki Trellis Bay na  Beef Island. Mieliśmy tam do załatwienia dwie sprawy:  sfilmować wprowadzenie naszej załogi do Karaibskiej Republik Żeglarskiej i odwiedzić miejsca związane z Władysławem Wagnerem.  Dwa wydarzenia, które „zakręciły” mnie na następne dziesięć lat.  Za sprawą Andrzeja Piotrowskiego. Nie jest łatwo o nim pisać, podobnie jak i niełatwo być jego przyjacielem.  Trudny charakter, twardy facet, bardzo nieustępliwy w obronie swoich poglądów, „jedynych słusznych”, a czasami – dusza towarzystwa. Pamiętam jak na  regatach na Morzu Karaibskim, w których startowaliśmy na „Gemini”,  zwracaliśmy na siebie uwagę jako najbardziej rozbawiona załoga. Potrafi być dowcipny, rozbrajający w konwersacji i zarazem złośliwy do bólu.  Bywa, że trudno z nim wytrzymać.  Jego szczególne poczucie humoru i w jakimś stopniu ideologię, charakteryzuje jeden z pierwszych paragrafów konstytucji Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, który brzmi: „Obywatel KRŻ cieszy się nieskazitelną opinią, którą potwierdza częstymi odwiedzinami barów” oraz kolejny paragraf: „Nie może być obywatelem KRŻ  członek lub sympatyk jakiegokolwiek antyalkoholowego towarzystwa.” Trzeba przyznać, że kryteria przynależności do Republiki są bardzo przez jej obywateli respektowane, a przez jej Prezydenta - w szczególności. [caption id="attachment_4485" align="alignright" width="300" caption="Początki Karaibskiej Republiki Żeglarskiej"][/caption] Andrzej wprowadził mnie w świat wagnerowskiej przygody właśnie na tym rejsie, w 2002 roku i tam też, na niewielkiej rafie w restauracji „The Last Resort” powstał pomysł uświetnienia tego miejsca tablicą. Władysław Wagner wybudował ten dom; naprzeciw, na Beef Island – lotnisko;  dalej – przeprawę promową pomiędzy Beef Island i wyspą Tortola, również i wiele innych domów; stworzył na BVI szkołę żeglarska dla młodzieży amerykańskiej, uruchomił też - mówiąc dzisiejszym jezykiem - aktywność biznesową w tutejszym środowisku. W 1963 roku Wagner wyprowadził się z BVI  do Puerto Rico, tam zbudował i przez kilka lat prowadził stocznię, poczym na emeryturę przeniósł się z rodziną do Orlando na Florydzie.  Tam też, w 1990 roku Andrzej odwiedził go dwukrotnie. Był ostatnim polskim żeglarzem, który spędził z Wagnerem trochę czasu, rozmawiał z nim, część z tych rozmów nagrał. Jest niewątpliwie depozytariuszem Wagnerowskiej Odysei. Pomysł zlotu polonijnych żeglarzy zrodzil się właśnie podczas tych rozmów. Andrzej już widział oczami wyobraźni, jak do portu w Gdyni wpływa flota polonijnych jachtów prowadzona przez „Zjawę III” z Kpt. Władysławem Wagnerem. Prawdopodobnie obaj się do tego pomysłu zapalili. Pomysł - chociaż nie w pełni - wypalił. Aktualni właściciele „Zjawy III”, Anglicy nie byli zainteresowani udziałem jachtu w polonijnym zlocie. A Władek Wagner miał wylew i nie kwalifikował się już do żadnej podróży.  Flotę polonijnych jachtów  wprowadzał  jacht „Solidarity”, z kpt. Andrzejem  Piotrowskim. Na zlot dotarł list od Wagnera do dziś przechowywany jak relikwia przez Andrzeja.  Można powiedzieć, że Wagner był wtedy pośród polonijnych żeglarzy. Zmarł w rok póżniej, w 1992 roku. [caption id="attachment_4486" align="alignleft" width="300" caption=""Branki" i piraci z Karaibskiej Republiki Żeglarskiej na BVI - marzec 2011 r."][/caption] Potem aktywność Andrzeja stale rosła. Trudno jest zliczyć wydarzenia żeglarskie i dziennikarskie, których był autorem,  może ktoś kiedyś podejmie się tego, wcale niełatwego, zadania, bo gdy będzie błądził w gąszczu tych wydarzeń napotka ludzi bardzo do Andrzeja uprzedzonych, starających się pomniejszać wszystkie jego osiągnięcia, zazdrosnych, zawistnych, złych na siebie, że na to nie wpadli, jak również takich, którzy Andrzejowe osiągnięcia  będą wprost zawłaszczali. Znam kilka prób  przypisania sobie zasługi powołania Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, tego, jakże niezwyklego, pomysłu zapowiadającego egzotyczną przygodę. „Eee, co tam, każdy może mieć taki pomysł.” – słyszałem z wielu ust. Na szczęście więcej jest entuzjastów, a lista osiągnięć Republiki jest niemała.  Karaibska Republika Żeglarska lansuje wolne żeglarstwo, nie przypisane do żadnych klubów, żadnych zwiazków czy też organizacji. Nie ma tam wyborów prezesów, zarządów, nie ma głosowania za i przeciw,  za to obowiązkowe jest duże poczucie humoru i dożywotni Prezydent, który w Republice jest jedynym autorytetem przyjmujacym nowych obywateli. Karaibska Republika Żeglarska wydaje swój biuletyn, który jest znakomitym kompendium egzotycznych rejsów, opowiada też o spotkaniach z ludźmi, o których naprawdę warto pisać, pełno tam historycznych opowieści z mórz, no i polonica. Ostatnim Andrzeja  odkryciem jest potomek króla Kazimierza Warneńczyka; Carlos Borges,  mieszkaniec Azorów i cała historia króla, który po bitwie pod Warną zniknął, nie znaleziono jego ciała... Ta tajemnicza historia ma swój dalszy ciąg, o czym można poczytać w biuletynach Republiki. [caption id="attachment_4487" align="alignright" width="300" caption="Prezydent z nową "branką"."][/caption] Nie wiem ile Andrzej napisał książek. Mam pod ręką „Tahiti Challenge”, „Tonga Adventure” i „Kapitańskie reminescencje”. Zwłaszcza ta ostatnia, bardzo osobista,  robi  wrażenie i... jest jakby nie zauważona w naszym żeglarskim środowisku. „E tam, każdy to może napisać.” – słyszę znowu. Prawda. Trzeba tylko mieć literacki talent i dziennikarski pazur. Tematami jego książek są rejsy i wyprawy morskie. Rejestrując je nie po kolei, warto wymienić rejs „Solidarity” kanałami w poprzek Francji, kilkanaście (on sam nie wie ile) rejsów przez Atlantyk na „Gemini” i „Solidarity", oraz na katamaranie „Atlantyk Adventure”. Kilkakrotne wyprawy żeglarskie na wyspy Polinezji, droga wodna z Chicago rzeką Mississipi  do Zatoki Meksykańskiej i dalej – na Karaiby. Wędrówki po archipelagach Azorów, Wysp Kanaryjskich i Karaibów. Przez lata funkcjonowała w Chicago „Mesa Kapitana Piotrowskiego”, miejsce spotkań żeglarskich, gdzie powstawały znakomite audycje radiowe, oczywiście o żeglarskiej tematyce. Do dziś zresztą Andrzej jest gościem polonijnego radia w Chicago.  Pisał do wydawanego w Polsce miesięcznika „Rejs”, dużo drukuje w polonijnej prasie. Andrzej jest typem samotnika mimo, że sam nigdy nie jest. Ani na wodzie ani na lądzie.  Potrafi przyciągnąć do siebie ludzi niewątpliwą sławą i barwnymi opowieściami, którymi bardzo wiąże załągę, a jednocześnie zniechęcić, kiedy ktoś  mu na odcisk nadepnie.  Jestem jednym z tych, którym to wcale nie przeszkadza. Cenię sobie tę znajomość, może nawet – bardzo trudną przyjażń, ponieważ jest to facet, od którego na jachcie można się bardzo wiele nauczyć. No i posłuchać... [caption id="attachment_4488" align="alignleft" width="300" caption="W 1995 r. na tej wysepce (Sandy Key) powstala Żeglarska Republika Karaibska."][/caption] Kiedys pozostał z jachtem "Gemini" sam na Martynice. Ktoś tam nagle zszedł, ktoś nie doleciał, aby mu pomoc przeprowadzić jacht na St.Martin, więc szykował się do podróży sam. Wieczór przed wyruszeniem w drogę spędzał w miejscu, które się najlepiej do tego nadaje; jacht stał na mooring gdzieś tam w zatoce, a nasz kapitan siedział w portowej knajpce z dopiero co poznanym Szwedem, któremu też coś tam z jachtem nie zagrało i miał sporo wolnego czasu. Postanowili wyruszyć razem, ale ponieważ zaprzyjaźnili się, trochę im tam jeszcze zeszło w tym miejscu żeglarskich spotkań. Wreszcie wskoczyli do Andrzejowego dinhgi i ruszyli w kierunku „Gemini”, która oczekiwała w  zatoce, pośród wielu jednakowych ciemnych sylwetek jachtów. Kto kiedyś już wracał nieco spóźniony na jacht ciemną nocą wie, jak niełatwe to przedsięwzięcie – wszystkie jachty jednakowe, prawie ich nie widać a cóż dopiero odczytać nazwę, gdy światła w kokpicie lub na maszcie pozostawili tylko nieliczni. Na początku szło im kiepsko, gdziekolwiek nie podpłynęli to nie był ten jacht. Na domiar złego zgasł silnik a na dinhgi już więcej benzyny nie było. Wioseł też nie. Wyskoczyli więc obaj do wody, jeden ciagnął cumę, drugi popychał  rufę i podpłynęli do najbliższego jachtu, grzecznie zastukali w burtę, ktoś tam wyjrzał i zobaczył pustą dinghi, która ludzkim głosem zapytała gdzie jest „Gemini”. Trudno jest opisać zdziwienie obudzonych żeglarzy, którzy nie mogli odnaleźć  żródła głosu, a poza tym nie mieli pojęcia gdzie stoi „Gemini”. I tak od jachtu, do jachtu... Nad ranem odnaleźli zgubę. [caption id="attachment_4489" align="alignright" width="300" caption="Autor (z lewej) z Andrzejem Piotrowskim"][/caption] Ruszyli w rejs i Andrzej, jak to Andrzej, postanowil Szweda trochę podedukowć. W historii, oczywiście. Jakież było Andrzeja zdziwienie, gdy Szwed okazał się ignorantem i wcale nie wiedział o tym, że korona szwedzka należała się nam, a Karol Gustaw był zwykłym uzurpatorem i w dodatku kryminalistą, który najechał Polskę zbrojnie, ale potem dostał zasłużenie w skórę. Szwed znał zupełnie inną wersje tej samej historii, wiedział, że ten wielki król Szwecji, Karol Gustaw... Musiał przerwać. Andrzej przypomniał mu, że jest na polskim jachcie i głosi tu historie niegodne Andrzeja uszu i  to się nie może dobrze skończyć.... I jak tu Go nie lubić, tego Piotrowskiego... Zbigniew Turkiewicz
  • Vermox For Sale
    March 21, 2022 | 2:59 pmCieszy eksplozja wspomnień z Uroczystości Wagnerowskiej na BVI.  Pośród paru setek uczestników conajmniej połowa fotografowała.  Wielu filmowalo i już można znależć na  Youtube kilkuminutowe filmiki. Opowiadają o wydarzeniu tak jak je widzieli:  udekorowana polskimi flagami zatoka Trellis Bay, uroczystośc odsłonięcia tablicy,  wielkie polskie party, msza żeglarska.  Cieszy fakt, że się wszystkim podobało, chociaż nie obyło sie bez kłopotów, o których wiedzą organizatorzy, nie obyło się też bez konfliktu, który był marginalny i niewielu go widziało, jednak spopularyzowany przez internet, zyskał sławę chwilami wręcz przyćmiewajacą  samo wydarzenie. Widocznie tak musi być, gdy rum zaszumi w głowie – wszak to byli zeglarze. Otóż to! Nie byłoby tego wydarzenia, tej skali – gdyby nie paru ludzi z charakterem,  w dodatku – żeglarzy.  Gdyby za przygotowanie Wagnerowskiej Uroczystości na BVI wzięli się ludzie o spokojnym, zrównoważonym charakterze – zapewne nic takiego by się nie zdarzyło.  Spotkały się niespokojne dusze,  ludzie nie za bardzo kompromisowi i... dlatego się wszystko udało.  Im właśnie, tym niepokornym, którzy złamali ciszę wokół Wagnera i doprowadzili do wydarzenia zwanego dzisiaj "Wagner Sailing Rally 2012"  – zamierzam poświecić cykl opowiastek, o każdym z nich. Kpt. Andrzej Piotrowski, żeglarz chyba od urodzenia, wielki patriota i znawca historii Polski, autor książek i dziesiątków artykułów żeglarskich, świetny gawędzierz, poszukiwacz rozsianych po świecie poloników, komandor I Światowego Zlotu Polonijnych Żeglarzy  w 1991 roku w Gdyni, były komandor „Joseph Conrad Polish Yacht Club” w Chicago,  prezydent założonej w 1995 roku Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, i wreszcie -  ojciec  „Wagner Sailing Rally 2012”. [caption id="attachment_4484" align="alignleft" width="300" caption="Beef Island 2002 r. (od lewej J. Kwaśnicki, A. Piotrowski i autor)"][/caption] Byłem świadkiem narodzin tego pomysłu.  Poznaliśmy się w rejsie z Puerto Rico poprzez British Virgin Island na St. Martin na, dowodzonym przez niego, 40-stopowym jachcie „Gemini” w 2002 roku.  Chyba trzeciego dnia rejsu Andrzej wprowadził jacht do Zatoki Trellis Bay na  Beef Island. Mieliśmy tam do załatwienia dwie sprawy:  sfilmować wprowadzenie naszej załogi do Karaibskiej Republik Żeglarskiej i odwiedzić miejsca związane z Władysławem Wagnerem.  Dwa wydarzenia, które „zakręciły” mnie na następne dziesięć lat.  Za sprawą Andrzeja Piotrowskiego. Nie jest łatwo o nim pisać, podobnie jak i niełatwo być jego przyjacielem.  Trudny charakter, twardy facet, bardzo nieustępliwy w obronie swoich poglądów, „jedynych słusznych”, a czasami – dusza towarzystwa. Pamiętam jak na  regatach na Morzu Karaibskim, w których startowaliśmy na „Gemini”,  zwracaliśmy na siebie uwagę jako najbardziej rozbawiona załoga. Potrafi być dowcipny, rozbrajający w konwersacji i zarazem złośliwy do bólu.  Bywa, że trudno z nim wytrzymać.  Jego szczególne poczucie humoru i w jakimś stopniu ideologię, charakteryzuje jeden z pierwszych paragrafów konstytucji Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, który brzmi: „Obywatel KRŻ cieszy się nieskazitelną opinią, którą potwierdza częstymi odwiedzinami barów” oraz kolejny paragraf: „Nie może być obywatelem KRŻ  członek lub sympatyk jakiegokolwiek antyalkoholowego towarzystwa.” Trzeba przyznać, że kryteria przynależności do Republiki są bardzo przez jej obywateli respektowane, a przez jej Prezydenta - w szczególności. [caption id="attachment_4485" align="alignright" width="300" caption="Początki Karaibskiej Republiki Żeglarskiej"][/caption] Andrzej wprowadził mnie w świat wagnerowskiej przygody właśnie na tym rejsie, w 2002 roku i tam też, na niewielkiej rafie w restauracji „The Last Resort” powstał pomysł uświetnienia tego miejsca tablicą. Władysław Wagner wybudował ten dom; naprzeciw, na Beef Island – lotnisko;  dalej – przeprawę promową pomiędzy Beef Island i wyspą Tortola, również i wiele innych domów; stworzył na BVI szkołę żeglarska dla młodzieży amerykańskiej, uruchomił też - mówiąc dzisiejszym jezykiem - aktywność biznesową w tutejszym środowisku. W 1963 roku Wagner wyprowadził się z BVI  do Puerto Rico, tam zbudował i przez kilka lat prowadził stocznię, poczym na emeryturę przeniósł się z rodziną do Orlando na Florydzie.  Tam też, w 1990 roku Andrzej odwiedził go dwukrotnie. Był ostatnim polskim żeglarzem, który spędził z Wagnerem trochę czasu, rozmawiał z nim, część z tych rozmów nagrał. Jest niewątpliwie depozytariuszem Wagnerowskiej Odysei. Pomysł zlotu polonijnych żeglarzy zrodzil się właśnie podczas tych rozmów. Andrzej już widział oczami wyobraźni, jak do portu w Gdyni wpływa flota polonijnych jachtów prowadzona przez „Zjawę III” z Kpt. Władysławem Wagnerem. Prawdopodobnie obaj się do tego pomysłu zapalili. Pomysł - chociaż nie w pełni - wypalił. Aktualni właściciele „Zjawy III”, Anglicy nie byli zainteresowani udziałem jachtu w polonijnym zlocie. A Władek Wagner miał wylew i nie kwalifikował się już do żadnej podróży.  Flotę polonijnych jachtów  wprowadzał  jacht „Solidarity”, z kpt. Andrzejem  Piotrowskim. Na zlot dotarł list od Wagnera do dziś przechowywany jak relikwia przez Andrzeja.  Można powiedzieć, że Wagner był wtedy pośród polonijnych żeglarzy. Zmarł w rok póżniej, w 1992 roku. [caption id="attachment_4486" align="alignleft" width="300" caption=""Branki" i piraci z Karaibskiej Republiki Żeglarskiej na BVI - marzec 2011 r."][/caption] Potem aktywność Andrzeja stale rosła. Trudno jest zliczyć wydarzenia żeglarskie i dziennikarskie, których był autorem,  może ktoś kiedyś podejmie się tego, wcale niełatwego, zadania, bo gdy będzie błądził w gąszczu tych wydarzeń napotka ludzi bardzo do Andrzeja uprzedzonych, starających się pomniejszać wszystkie jego osiągnięcia, zazdrosnych, zawistnych, złych na siebie, że na to nie wpadli, jak również takich, którzy Andrzejowe osiągnięcia  będą wprost zawłaszczali. Znam kilka prób  przypisania sobie zasługi powołania Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, tego, jakże niezwyklego, pomysłu zapowiadającego egzotyczną przygodę. „Eee, co tam, każdy może mieć taki pomysł.” – słyszałem z wielu ust. Na szczęście więcej jest entuzjastów, a lista osiągnięć Republiki jest niemała.  Karaibska Republika Żeglarska lansuje wolne żeglarstwo, nie przypisane do żadnych klubów, żadnych zwiazków czy też organizacji. Nie ma tam wyborów prezesów, zarządów, nie ma głosowania za i przeciw,  za to obowiązkowe jest duże poczucie humoru i dożywotni Prezydent, który w Republice jest jedynym autorytetem przyjmujacym nowych obywateli. Karaibska Republika Żeglarska wydaje swój biuletyn, który jest znakomitym kompendium egzotycznych rejsów, opowiada też o spotkaniach z ludźmi, o których naprawdę warto pisać, pełno tam historycznych opowieści z mórz, no i polonica. Ostatnim Andrzeja  odkryciem jest potomek króla Kazimierza Warneńczyka; Carlos Borges,  mieszkaniec Azorów i cała historia króla, który po bitwie pod Warną zniknął, nie znaleziono jego ciała... Ta tajemnicza historia ma swój dalszy ciąg, o czym można poczytać w biuletynach Republiki. [caption id="attachment_4487" align="alignright" width="300" caption="Prezydent z nową "branką"."][/caption] Nie wiem ile Andrzej napisał książek. Mam pod ręką „Tahiti Challenge”, „Tonga Adventure” i „Kapitańskie reminescencje”. Zwłaszcza ta ostatnia, bardzo osobista,  robi  wrażenie i... jest jakby nie zauważona w naszym żeglarskim środowisku. „E tam, każdy to może napisać.” – słyszę znowu. Prawda. Trzeba tylko mieć literacki talent i dziennikarski pazur. Tematami jego książek są rejsy i wyprawy morskie. Rejestrując je nie po kolei, warto wymienić rejs „Solidarity” kanałami w poprzek Francji, kilkanaście (on sam nie wie ile) rejsów przez Atlantyk na „Gemini” i „Solidarity", oraz na katamaranie „Atlantyk Adventure”. Kilkakrotne wyprawy żeglarskie na wyspy Polinezji, droga wodna z Chicago rzeką Mississipi  do Zatoki Meksykańskiej i dalej – na Karaiby. Wędrówki po archipelagach Azorów, Wysp Kanaryjskich i Karaibów. Przez lata funkcjonowała w Chicago „Mesa Kapitana Piotrowskiego”, miejsce spotkań żeglarskich, gdzie powstawały znakomite audycje radiowe, oczywiście o żeglarskiej tematyce. Do dziś zresztą Andrzej jest gościem polonijnego radia w Chicago.  Pisał do wydawanego w Polsce miesięcznika „Rejs”, dużo drukuje w polonijnej prasie. Andrzej jest typem samotnika mimo, że sam nigdy nie jest. Ani na wodzie ani na lądzie.  Potrafi przyciągnąć do siebie ludzi niewątpliwą sławą i barwnymi opowieściami, którymi bardzo wiąże załągę, a jednocześnie zniechęcić, kiedy ktoś  mu na odcisk nadepnie.  Jestem jednym z tych, którym to wcale nie przeszkadza. Cenię sobie tę znajomość, może nawet – bardzo trudną przyjażń, ponieważ jest to facet, od którego na jachcie można się bardzo wiele nauczyć. No i posłuchać... [caption id="attachment_4488" align="alignleft" width="300" caption="W 1995 r. na tej wysepce (Sandy Key) powstala Żeglarska Republika Karaibska."][/caption] Kiedys pozostał z jachtem "Gemini" sam na Martynice. Ktoś tam nagle zszedł, ktoś nie doleciał, aby mu pomoc przeprowadzić jacht na St.Martin, więc szykował się do podróży sam. Wieczór przed wyruszeniem w drogę spędzał w miejscu, które się najlepiej do tego nadaje; jacht stał na mooring gdzieś tam w zatoce, a nasz kapitan siedział w portowej knajpce z dopiero co poznanym Szwedem, któremu też coś tam z jachtem nie zagrało i miał sporo wolnego czasu. Postanowili wyruszyć razem, ale ponieważ zaprzyjaźnili się, trochę im tam jeszcze zeszło w tym miejscu żeglarskich spotkań. Wreszcie wskoczyli do Andrzejowego dinhgi i ruszyli w kierunku „Gemini”, która oczekiwała w  zatoce, pośród wielu jednakowych ciemnych sylwetek jachtów. Kto kiedyś już wracał nieco spóźniony na jacht ciemną nocą wie, jak niełatwe to przedsięwzięcie – wszystkie jachty jednakowe, prawie ich nie widać a cóż dopiero odczytać nazwę, gdy światła w kokpicie lub na maszcie pozostawili tylko nieliczni. Na początku szło im kiepsko, gdziekolwiek nie podpłynęli to nie był ten jacht. Na domiar złego zgasł silnik a na dinhgi już więcej benzyny nie było. Wioseł też nie. Wyskoczyli więc obaj do wody, jeden ciagnął cumę, drugi popychał  rufę i podpłynęli do najbliższego jachtu, grzecznie zastukali w burtę, ktoś tam wyjrzał i zobaczył pustą dinghi, która ludzkim głosem zapytała gdzie jest „Gemini”. Trudno jest opisać zdziwienie obudzonych żeglarzy, którzy nie mogli odnaleźć  żródła głosu, a poza tym nie mieli pojęcia gdzie stoi „Gemini”. I tak od jachtu, do jachtu... Nad ranem odnaleźli zgubę. [caption id="attachment_4489" align="alignright" width="300" caption="Autor (z lewej) z Andrzejem Piotrowskim"][/caption] Ruszyli w rejs i Andrzej, jak to Andrzej, postanowil Szweda trochę podedukowć. W historii, oczywiście. Jakież było Andrzeja zdziwienie, gdy Szwed okazał się ignorantem i wcale nie wiedział o tym, że korona szwedzka należała się nam, a Karol Gustaw był zwykłym uzurpatorem i w dodatku kryminalistą, który najechał Polskę zbrojnie, ale potem dostał zasłużenie w skórę. Szwed znał zupełnie inną wersje tej samej historii, wiedział, że ten wielki król Szwecji, Karol Gustaw... Musiał przerwać. Andrzej przypomniał mu, że jest na polskim jachcie i głosi tu historie niegodne Andrzeja uszu i  to się nie może dobrze skończyć.... I jak tu Go nie lubić, tego Piotrowskiego... Zbigniew Turkiewicz
  • RSSArchive

Andrzej

Cieszy eksplozja wspomnień z Uroczystości Wagnerowskiej na BVI.  Pośród paru setek uczestników conajmniej połowa fotografowała.  Wielu filmowalo i już można znależć na  Youtube kilkuminutowe filmiki. Opowiadają o wydarzeniu tak jak je widzieli:  udekorowana polskimi flagami zatoka Trellis Bay, uroczystośc odsłonięcia tablicy,  wielkie polskie party, msza żeglarska.  Cieszy fakt, że się wszystkim podobało, chociaż nie obyło sie bez kłopotów, o których wiedzą organizatorzy, nie obyło się też bez konfliktu, który był marginalny i niewielu go widziało, jednak spopularyzowany przez internet, zyskał sławę chwilami wręcz przyćmiewajacą  samo wydarzenie. Widocznie tak musi być, gdy rum zaszumi w głowie – wszak to byli zeglarze. Otóż to! Nie byłoby tego wydarzenia, tej skali – gdyby nie paru ludzi z charakterem,  w dodatku – żeglarzy.  Gdyby za przygotowanie Wagnerowskiej Uroczystości na BVI wzięli się ludzie o spokojnym, zrównoważonym charakterze – zapewne nic takiego by się nie zdarzyło.  Spotkały się niespokojne dusze,  ludzie nie za bardzo kompromisowi i... dlatego się wszystko udało.  Im właśnie, tym niepokornym, którzy złamali ciszę wokół Wagnera i doprowadzili do wydarzenia zwanego dzisiaj "Wagner Sailing Rally 2012"  – zamierzam poświecić cykl opowiastek, o każdym z nich. Kpt. Andrzej Piotrowski, żeglarz chyba od urodzenia, wielki patriota i znawca historii Polski, autor książek i dziesiątków artykułów żeglarskich, świetny gawędzierz, poszukiwacz rozsianych po świecie poloników, komandor I Światowego Zlotu Polonijnych Żeglarzy  w 1991 roku w Gdyni, były komandor „Joseph Conrad Polish Yacht Club” w Chicago,  prezydent założonej w 1995 roku Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, i wreszcie -  ojciec  „Wagner Sailing Rally 2012”. [caption id="attachment_4484" align="alignleft" width="300" caption="Beef Island 2002 r. (od lewej J. Kwaśnicki, A. Piotrowski i autor)"][/caption] Byłem świadkiem narodzin tego pomysłu.  Poznaliśmy się w rejsie z Puerto Rico poprzez British Virgin Island na St. Martin na, dowodzonym przez niego, 40-stopowym jachcie „Gemini” w 2002 roku.  Chyba trzeciego dnia rejsu Andrzej wprowadził jacht do Zatoki Trellis Bay na  Beef Island. Mieliśmy tam do załatwienia dwie sprawy:  sfilmować wprowadzenie naszej załogi do Karaibskiej Republik Żeglarskiej i odwiedzić miejsca związane z Władysławem Wagnerem.  Dwa wydarzenia, które „zakręciły” mnie na następne dziesięć lat.  Za sprawą Andrzeja Piotrowskiego. Nie jest łatwo o nim pisać, podobnie jak i niełatwo być jego przyjacielem.  Trudny charakter, twardy facet, bardzo nieustępliwy w obronie swoich poglądów, „jedynych słusznych”, a czasami – dusza towarzystwa. Pamiętam jak na  regatach na Morzu Karaibskim, w których startowaliśmy na „Gemini”,  zwracaliśmy na siebie uwagę jako najbardziej rozbawiona załoga. Potrafi być dowcipny, rozbrajający w konwersacji i zarazem złośliwy do bólu.  Bywa, że trudno z nim wytrzymać.  Jego szczególne poczucie humoru i w jakimś stopniu ideologię, charakteryzuje jeden z pierwszych paragrafów konstytucji Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, który brzmi: „Obywatel KRŻ cieszy się nieskazitelną opinią, którą potwierdza częstymi odwiedzinami barów” oraz kolejny paragraf: „Nie może być obywatelem KRŻ  członek lub sympatyk jakiegokolwiek antyalkoholowego towarzystwa.” Trzeba przyznać, że kryteria przynależności do Republiki są bardzo przez jej obywateli respektowane, a przez jej Prezydenta - w szczególności. [caption id="attachment_4485" align="alignright" width="300" caption="Początki Karaibskiej Republiki Żeglarskiej"][/caption] Andrzej wprowadził mnie w świat wagnerowskiej przygody właśnie na tym rejsie, w 2002 roku i tam też, na niewielkiej rafie w restauracji „The Last Resort” powstał pomysł uświetnienia tego miejsca tablicą. Władysław Wagner wybudował ten dom; naprzeciw, na Beef Island – lotnisko;  dalej – przeprawę promową pomiędzy Beef Island i wyspą Tortola, również i wiele innych domów; stworzył na BVI szkołę żeglarska dla młodzieży amerykańskiej, uruchomił też - mówiąc dzisiejszym jezykiem - aktywność biznesową w tutejszym środowisku. W 1963 roku Wagner wyprowadził się z BVI  do Puerto Rico, tam zbudował i przez kilka lat prowadził stocznię, poczym na emeryturę przeniósł się z rodziną do Orlando na Florydzie.  Tam też, w 1990 roku Andrzej odwiedził go dwukrotnie. Był ostatnim polskim żeglarzem, który spędził z Wagnerem trochę czasu, rozmawiał z nim, część z tych rozmów nagrał. Jest niewątpliwie depozytariuszem Wagnerowskiej Odysei. Pomysł zlotu polonijnych żeglarzy zrodzil się właśnie podczas tych rozmów. Andrzej już widział oczami wyobraźni, jak do portu w Gdyni wpływa flota polonijnych jachtów prowadzona przez „Zjawę III” z Kpt. Władysławem Wagnerem. Prawdopodobnie obaj się do tego pomysłu zapalili. Pomysł - chociaż nie w pełni - wypalił. Aktualni właściciele „Zjawy III”, Anglicy nie byli zainteresowani udziałem jachtu w polonijnym zlocie. A Władek Wagner miał wylew i nie kwalifikował się już do żadnej podróży.  Flotę polonijnych jachtów  wprowadzał  jacht „Solidarity”, z kpt. Andrzejem  Piotrowskim. Na zlot dotarł list od Wagnera do dziś przechowywany jak relikwia przez Andrzeja.  Można powiedzieć, że Wagner był wtedy pośród polonijnych żeglarzy. Zmarł w rok póżniej, w 1992 roku. [caption id="attachment_4486" align="alignleft" width="300" caption=""Branki" i piraci z Karaibskiej Republiki Żeglarskiej na BVI - marzec 2011 r."][/caption] Potem aktywność Andrzeja stale rosła. Trudno jest zliczyć wydarzenia żeglarskie i dziennikarskie, których był autorem,  może ktoś kiedyś podejmie się tego, wcale niełatwego, zadania, bo gdy będzie błądził w gąszczu tych wydarzeń napotka ludzi bardzo do Andrzeja uprzedzonych, starających się pomniejszać wszystkie jego osiągnięcia, zazdrosnych, zawistnych, złych na siebie, że na to nie wpadli, jak również takich, którzy Andrzejowe osiągnięcia  będą wprost zawłaszczali. Znam kilka prób  przypisania sobie zasługi powołania Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, tego, jakże niezwyklego, pomysłu zapowiadającego egzotyczną przygodę. „Eee, co tam, każdy może mieć taki pomysł.” – słyszałem z wielu ust. Na szczęście więcej jest entuzjastów, a lista osiągnięć Republiki jest niemała.  Karaibska Republika Żeglarska lansuje wolne żeglarstwo, nie przypisane do żadnych klubów, żadnych zwiazków czy też organizacji. Nie ma tam wyborów prezesów, zarządów, nie ma głosowania za i przeciw,  za to obowiązkowe jest duże poczucie humoru i dożywotni Prezydent, który w Republice jest jedynym autorytetem przyjmujacym nowych obywateli. Karaibska Republika Żeglarska wydaje swój biuletyn, który jest znakomitym kompendium egzotycznych rejsów, opowiada też o spotkaniach z ludźmi, o których naprawdę warto pisać, pełno tam historycznych opowieści z mórz, no i polonica. Ostatnim Andrzeja  odkryciem jest potomek króla Kazimierza Warneńczyka; Carlos Borges,  mieszkaniec Azorów i cała historia króla, który po bitwie pod Warną zniknął, nie znaleziono jego ciała... Ta tajemnicza historia ma swój dalszy ciąg, o czym można poczytać w biuletynach Republiki. [caption id="attachment_4487" align="alignright" width="300" caption="Prezydent z nową "branką"."][/caption] Nie wiem ile Andrzej napisał książek. Mam pod ręką „Tahiti Challenge”, „Tonga Adventure” i „Kapitańskie reminescencje”. Zwłaszcza ta ostatnia, bardzo osobista,  robi  wrażenie i... jest jakby nie zauważona w naszym żeglarskim środowisku. „E tam, każdy to może napisać.” – słyszę znowu. Prawda. Trzeba tylko mieć literacki talent i dziennikarski pazur. Tematami jego książek są rejsy i wyprawy morskie. Rejestrując je nie po kolei, warto wymienić rejs „Solidarity” kanałami w poprzek Francji, kilkanaście (on sam nie wie ile) rejsów przez Atlantyk na „Gemini” i „Solidarity", oraz na katamaranie „Atlantyk Adventure”. Kilkakrotne wyprawy żeglarskie na wyspy Polinezji, droga wodna z Chicago rzeką Mississipi  do Zatoki Meksykańskiej i dalej – na Karaiby. Wędrówki po archipelagach Azorów, Wysp Kanaryjskich i Karaibów. Przez lata funkcjonowała w Chicago „Mesa Kapitana Piotrowskiego”, miejsce spotkań żeglarskich, gdzie powstawały znakomite audycje radiowe, oczywiście o żeglarskiej tematyce. Do dziś zresztą Andrzej jest gościem polonijnego radia w Chicago.  Pisał do wydawanego w Polsce miesięcznika „Rejs”, dużo drukuje w polonijnej prasie. Andrzej jest typem samotnika mimo, że sam nigdy nie jest. Ani na wodzie ani na lądzie.  Potrafi przyciągnąć do siebie ludzi niewątpliwą sławą i barwnymi opowieściami, którymi bardzo wiąże załągę, a jednocześnie zniechęcić, kiedy ktoś  mu na odcisk nadepnie.  Jestem jednym z tych, którym to wcale nie przeszkadza. Cenię sobie tę znajomość, może nawet – bardzo trudną przyjażń, ponieważ jest to facet, od którego na jachcie można się bardzo wiele nauczyć. No i posłuchać... [caption id="attachment_4488" align="alignleft" width="300" caption="W 1995 r. na tej wysepce (Sandy Key) powstala Żeglarska Republika Karaibska."][/caption] Kiedys pozostał z jachtem "Gemini" sam na Martynice. Ktoś tam nagle zszedł, ktoś nie doleciał, aby mu pomoc przeprowadzić jacht na St.Martin, więc szykował się do podróży sam. Wieczór przed wyruszeniem w drogę spędzał w miejscu, które się najlepiej do tego nadaje; jacht stał na mooring gdzieś tam w zatoce, a nasz kapitan siedział w portowej knajpce z dopiero co poznanym Szwedem, któremu też coś tam z jachtem nie zagrało i miał sporo wolnego czasu. Postanowili wyruszyć razem, ale ponieważ zaprzyjaźnili się, trochę im tam jeszcze zeszło w tym miejscu żeglarskich spotkań. Wreszcie wskoczyli do Andrzejowego dinhgi i ruszyli w kierunku „Gemini”, która oczekiwała w  zatoce, pośród wielu jednakowych ciemnych sylwetek jachtów. Kto kiedyś już wracał nieco spóźniony na jacht ciemną nocą wie, jak niełatwe to przedsięwzięcie – wszystkie jachty jednakowe, prawie ich nie widać a cóż dopiero odczytać nazwę, gdy światła w kokpicie lub na maszcie pozostawili tylko nieliczni. Na początku szło im kiepsko, gdziekolwiek nie podpłynęli to nie był ten jacht. Na domiar złego zgasł silnik a na dinhgi już więcej benzyny nie było. Wioseł też nie. Wyskoczyli więc obaj do wody, jeden ciagnął cumę, drugi popychał  rufę i podpłynęli do najbliższego jachtu, grzecznie zastukali w burtę, ktoś tam wyjrzał i zobaczył pustą dinghi, która ludzkim głosem zapytała gdzie jest „Gemini”. Trudno jest opisać zdziwienie obudzonych żeglarzy, którzy nie mogli odnaleźć  żródła głosu, a poza tym nie mieli pojęcia gdzie stoi „Gemini”. I tak od jachtu, do jachtu... Nad ranem odnaleźli zgubę. [caption id="attachment_4489" align="alignright" width="300" caption="Autor (z lewej) z Andrzejem Piotrowskim"][/caption] Ruszyli w rejs i Andrzej, jak to Andrzej, postanowil Szweda trochę podedukowć. W historii, oczywiście. Jakież było Andrzeja zdziwienie, gdy Szwed okazał się ignorantem i wcale nie wiedział o tym, że korona szwedzka należała się nam, a Karol Gustaw był zwykłym uzurpatorem i w dodatku kryminalistą, który najechał Polskę zbrojnie, ale potem dostał zasłużenie w skórę. Szwed znał zupełnie inną wersje tej samej historii, wiedział, że ten wielki król Szwecji, Karol Gustaw... Musiał przerwać. Andrzej przypomniał mu, że jest na polskim jachcie i głosi tu historie niegodne Andrzeja uszu i  to się nie może dobrze skończyć.... I jak tu Go nie lubić, tego Piotrowskiego... Zbigniew Turkiewicz