Z galerii autorki

Serwisy

Rozmaitości

Polskie jachty na Trellis Bay

 

Polskie jachty na Trellis Bay

Wejście na Trellis Bay nie jest widoczne z daleka, od morza osłonięte jest górą, wyniesioną ponad poziom morza na 735 stóp, osłaniajacą od wschodu całą wyspę Beef, i dopiero gdy minęliśmy Sprat Point -  nagle otworzył się widok od którego serce omalże mi nie wyskoczyło z piersi: mnóstwo, dziesiątki biało-czerwonych flag i wysoko na wierzchołkach masztów powiewające w wietrze ogromne flagi z Orłem na czerwonym tle. Podobnie był udekorowany nasz 44-stopowy Cyclades. Trudno było opanować wzruszenie. I zaskoczenie. W najśmielszych marzeniach spodziewałem się, że na „wagnerowskie” uroczystości przypłynie dwadzieścia jachtów. W porywach – może dwadzieścia pięć. Tymczasem  w zatoce łopotało więcej niż trzydzieści bander, a za nami płynęły następne jachty, też pod polską banderą.

Przed godziną miałem radiowy kontakt z „Fryderykiem Chopinem” polskim żaglowcem, którego pierwszy oficer  informował, że dotrą do nas za trzy godziny. Zaczynała się kulminacja mojej wielkiej przygody żeglarskiej.

"Last Resort"na Bellamy Cay

Zaczęła się dokladnie dziesięć lat temu, właśnie tutaj, w zatoce Trellis Bay, na maleńkiej wysepce Bellamy Cay, na której stoi dom zbudowany w latach pięćdziesiątych przez Władysława Wagnera. Przypłynęlismy wówczas na jachcie „Gemini” z jego kapitanem Andrzejem Piotrowskim, prezydentem Karaibskiej Republiki Żeglarskiej. Było nas czterech: nasz kapitan, dwóch moich współzałogantów z „Odyseusza”- Janusz Kwaśnicki i Józek Błaszczak -  i ja. My trzej byliśmy kandydatami do Republiki i w tej zatoce mieliśmy otrzymać stosowny chrzest. Ale celem Andrzeja była wizyta na wysepce i w tym domu, który nosi dość symboliczną nazwę „The Last Resort” i mieści się w nim teraz bardzo nastrojowa żeglarska knajpa. Kapitan Andrzej Piotrowski był ostatnim z polskich żeglarzy, który rozmawiał z Władysławem Wagnerem i stał się niejako depozytariuszem idei jego wielkiego rejsu wokół ziemi, który Wagner  odbył w latach 1932 – 39. Zapytaliśmy Bena Benforda, menadżera „The Last Resort”, czy wie kto ten dom i pobliskie lotnisko na Beef Island zbudował. Nie wiedział. Ale obiecał zapytać teścia, Tony’ego Snella, właściciela restauracji i wysepki. Dowiedzieliśmy się później, że zapytał i dowiedział się, że jego teść kupił „The Last Resort” od Władysława Wagnera.

Wtedy właśnie zrodziła się myśl upamiętnienia tego miejsca i – przy okazji – uratowania od zapomnienia tak ważnego dla polskiego żeglarstwa historycznego wydarzenia. 

Wokółziemski rejs Władysława Wagnera rozpoczął się 8 lipca 1932 roku w Gdyni na jachcie „Zjawa” i przerwany został przez brytyjską Navy 2 września 1939 roku na wodach kanału La Manche. Władysław Wagner pętlę wokółziemską zamknął w sierpniu tegoż roku, ale marzył aby jego rejs zakończył się w miejscu, w którym go ropoczął. Wojnę spędził na okrętach wojennych, eskortujacych konwoje przez Atlantyk.

Gdy do weteranów polskiej armii na Zachodzie dotarły wieści o tym, jak są traktowani przez komunistyczne władze powracający do kraju żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, postanowił nie wracać. Ożenił się, kupił jacht i wyruszył do Australii, gdzie oczekiwali go jego przyjaciele i współzałoganci z etapu Australia – Wielka Brytania, David Walsh i „Blue”. Po drodze, na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych,  jego żona Mable powiła mu córeczkę. Zatrzymali się na „jakiś czas” w zatoce Trellis Bay.  Władek, jak go tu nazywano, zbudował  pierwsze na Wyspach lotnisko, pierwsze domy z kamienia i cegły, połączenie drogowe pomiędzy wyspami Beef i Tortola, dzięki któremu lotnisko nabrało znaczenia, zorganizował szkołę żęglarską dla amerykańskich skautów, uczył budować łodzie, co w tym wyspiarskim rejonie nie było bez znaczenia, a dodatkowo dostarczało miejsc pracy. Był znany i lubiany. Do dziś przez starszych ludzi wspominany. Podczas wizyt, które trzeba było tutaj odbyć w ramach przygotowań do uroczystości poznaliśmy prawie dziewiędziesięcioletniego Obela Penn, czarnoskórego przyjaciela i wspólnika Władka.

Władek mieszkał tutaj wraz z rodziną do czasu, aż trzeba było zadbać o przyszłość dorastających dzieci, córkę Suzann i syna Michaela. Wyjechali najpierw na Puerto Rico, a po latach do Stanów. Władysław Wagner zmarł w 1992 roku w Orlando na Florydzie. Tam do dzisiaj mieszka jego żona z córką. Nie opływają w luksusy.

Tablica upamiętniająca Władysława Wagnera, zamontowana i odslonięta 21 stycznia 2012 roku na Bellamy Cay

Pomysł upamiętnienia miejsca poprzez wbudowanie tablicy pamiątkowej na Bellamy Cay rozwijał się przez kilka lat, a realnych kształtów dostał przed półtora rokiem. W lutym ubiegłego roku powstała decyzja powołania trzyosobowego  komitetu organizacyjnego, w składzie: Jerzy Knabe - komandor Polskiego Yacht Club w Londynie, Andrzej Piotrowski – prezydent Karaibskiej Republiki Żeglarskiej i Zbigniew Turkiewicz. Po kilku miesiącach komitet został powiększony o trzech komandorów  polonijnych klubów żeglarskich: torontońskiego „Białego Żagla” – Józefa Aleksandrowicza (Alexa) i nowojorskiego – Janusza Kędzierskiego oraz Komandora Polish Yachting Association of North Ameryka, Krzysztofa Kamińskiego. Podział obowiązków wynikał z możliwości i predyspozycji. Komandorem uroczystości, czyli planowanego Zlotu, został Jerzy Knabe, Andrzej Piotrowski miał zająć się stroną publikacji i popularyzacji przedsięwzięcia, Janusz Kędzierski zajął się pamiątkową tablicą, Alex  - organizacją Zlotu, a Krzysiek Kaminski podjął się rzeczy z żeglarskiego punktu widzenia -największej:  przyprowadzeniem 47-stopowego, regatowego jachtu “Husaria” z San Francisko na BVI. Mnie przypadła rola zorganizowania i dopilnowania dziesiątków detali związanych z przygotowaniami do wydarzenia. Najważniejszym było wybudowanie postumentu pod płytę oraz masztu do wciągniecia flag.  Ale także ustalenie listy gości, opracowanie, wydrukowanie i dostarczenie zaproszeń dla miejscowych VIP-ów, przygotowanie hymnów, flag, nagłośnienie uroczystości,  imprez towarzyszących… itp., itp. Trzeba też  było polecieć tam wcześniej, poznać ludzi, poustalać detale. Dziesiątki telefonów, e-maile…

Tablica pamiątkowa płynęła wraz z jej fundatorem, Januszem Kędzierskim na  “Husarii”.

Alex przygotowywał prawie dwustuosobową ekipę żeglarzy z Toronto i okolicy; trzeba było wyczarterować dla nich wszystkich siedemnaście  jachtów, zaprojektować i zamówić jednakowe koszulki, oflagowanie jachtów.

Andrzej Piotrowski przygotowywał broszurkę o Wagnerze i uroczystości, Karaibską Republikę Żeglarską do udziału, a ponadto – był w załodze  ”Husarii” od San Francisco aż do Kanału Panamskiego.

Jurek Knabe starał się to wszystko koordynować a jednocześnie zabiegał o udział polskich organizacji żeglarskich (Polski Związek Żeglarski, Bractwo Wybrzeża, Polish Yacht Club) oraz polskiego żaglowca „Fryderyk Chopin”. Próbował też, niestety bez sukcesu, przekonać polskie władze państwowe do jakiegokolwiek, chociażby symbolicznego, udziału w uroczystości. Udział potwierdził jedynie polski żaglowiec.
Na początku grudnia ubiegłego roku, podczas kolejnej wizyty na Wyspach, ustaliliśmy (Alex i ja) z miejscowymi autorytetami – wydawało się – wszystkie detale dotyczące naszego Zlotu. Od tego momentu zaczęły się ostre przygotowania. Najtrudniej było ustalić ceny usług budowlanych oraz koszty poszczególnych imprez w „The Last Resort” i na brzegu zatoki przy „Cyber Cafe”. Nie wiedzieliśmy ile jachtów przypłynie, ilu polskich, czy też polonijnych żeglarzy weźmie w  udział  naszym Zlocie, którego nazwę ustaliliśmy bodajże we wrześniu: „Wagner Sailing Rally 2012”.

Stawianie masztu

I oto ten dzień, 20 stycznia 2012. Wczesne popołudnie. Wpływamy do zatoki i mam duszę na ramieniu. Czy to się uda? Czy wszystko przemyślałem. Czy nie będzie jakiejś nawalanki ze strony gospodarzy? No i z naszej strony. Z niepokojem patrzę na wysepkę, usiłuję wypatrzyć maszt i postument. Przez lornetkę widzę dwóch ludzi kręcących się w miejscu, gdzie powinien stać maszt oraz postument. I niczego tam nie widzę poza tymi dwoma ludźmi. Nie pozostaje mi nic innego, niż zachować zimną krew.

Rozglądam się po zatoce aby “napaść oczy” tą niezliczoną ilością polskich flag, próbuję je policzyć i nagle - radość ogromna: “Husaria” dotarła na czas. Jeszcze przed kilku godzinami słyszałem rozpaczliwe wywoływanie “Husarii” przez radio; wydawało się, że są jeszcze daleko, że mogą nie zdążyć. Na pokładzie widzę znajome sylwetki Krzyśka, któremu rejs, choć długi i ciężki -  nie odebrał ani kilograma wagi i humoru (widzę jak promieniuje z niego radość i satysfakcja), widzę “najdłuższego” na świecie żeglarza Jacka Kiluka, no i Irka Zubko, którego  żeglarski talent służył “Husarii” na całej trasie. Podziw budzi ten niezwykły, liczący ponad sześć tysięcy mil morskich, rejs, imponują mi szczególnie ci dwaj: Krzysiek - kapitan, właściciel i pomysłodawca całego rejsu oraz Irek, po którym też zmęczenia nie widać, a jedynie radość na gębie.

Wraz z moim wnukiem Maćkiem, członkiem naszej załogi wskakuję do dinghi i płyniemy do biura „WSR 2012”, które mieści się w Guest House na południowym brzegu zatoki. Z daleka widoczna flaga polska wskazuje, że biuro funkcjonuje. Jurek Knabe od soboty 14 stycznia prowadzi tutaj rejstrację polskich załóg.

Radosne spotkanie, od razu ustalamy czym mam się zająć: wiadomo dopilnować wszystkiego na wyspie, gdzie będzie główna ceremonia. Przy rejestracji spotykam przyjaciół sprzed lat: Jacka Sołtysa – przyplynął z Baltimore, od lat uczestniczy w organizacji żeglarskich spotkań na Wschodnim Wybrzeżu „Polonia Randevous”, oraz Andrzeja Gruszkę, past-komadora polonijnego  nowojorskiego klubu żeglarskiego. To z nim, między innymi, przed 15 laty zakładaliśmy Polish Yachting Association of North America (PYANA). Pojawia się Krzysiek Sierant, przyplynął również z Nowego Jorku, jest od conajmniej piętnastu lat redaktorem znakomitego pisma polonijnego „Żeglarz”, które rozpoczęło właśnie druk mojej opowieści o Władysławie Wagnerze. Tuż przed wyjazdem na BVI odebrałem z drukarni Nova Printing angielska wersję mojej opowieści, mam więc teraz okazję wręczać broszurki z dedykacją dawnym moim żeglarskim przyjaciołom.

Ruszam na Bellamy Cay. Przy miejscu na pomnik pracuje Jaff z pomocnikiem. Znamy się od miesiąca, jest pracownikiem „The Last Resort”, muzykiem, barmanem, prawą ręką Bena. Jest i Ben. I jeszcze dwóch chłopaków z muzycznego zespołu. Budują postument. Właściwie już skończyli, baza pod maszt jest gotowa od dwóch dni, ławki będą gotowe jutro. Mam się nie martwić, wszystko będzie na czas. Gdzie maszt? Tam, za domem. No i, rzeczywiście jest. Typowy jachtowy maszt, z salingiem i linkami flagowymi. Jutro stanie na swoim miejscu, dziś beton jest za świeży. Uśmiechnięci, życzliwi i absolutnie spokojni. Żaden z nich nie ma zegarka. To tylko ja patrzę na zegarek bez przerwy, taki mój kanadyjski zwyczaj. Będę tu jutro o siódmej rano, mówię. Po co? Zdążymy.

Nie mam wyboru, wracam na jacht.

"Fryderyk Chopin" na BVI

I nagle przed moimi oczami wyrasta jeden z najpiękniejszych polskich żaglowców, płynie w poprzek zatoki w poszukiwaniu miejsca do zakotwiczenia. Gnamy naszą dinghi na powitanie.  Fala jest spora, dinghi niskie i nim doplywamy do żaglowca portki mamy mokre na wylot. Podpływamy do prawej burty i widzę, że cała 46-sobowa załoga stoi przy relingu jak zahipnotyzowana, dopiero z bliska widzę, że oni… płaczą. Może nie wszyscy, ale większość. Odwracam się w stronę zatoki tam, gdzie patrzą. Podniósł się wiatr i na wszystkich jachtach w zatoce jakby na powitanie polskiego żaglowca wyraźnie i mocno załopotały Orły i białoczerwone flagi. Dziesiątki, a może setki. Pięć tysięcy kilomterów od Polski witaliśmy „Fryderyka Chopina”.

Oczywiście, że byłem tam o siódmej rano. Cała kelnersko-muzyczno-barowa ekipa „The Last Resort” szlifowała drewniane siedziska ławek. Wcale się mną ani moim zegarkiem nie przejmowali. Skończyli o jedenastej. Dotarł Andrzej Piotrowski i z ekipą żeglarzy pomógł postawić maszt. Mimo, że otwory na kotwy nie pasowały, udało się. W południe polakierowali ławki. Od dziesiątej szukali odtwarzacza CD, znaleźli, odkurzony – zadziałał. Głośniki, kable, wzmacniacze.

Kpt. Jerzy Knabe rozpoczyna uroczystość

O wpół do pierwszej puszczam polskie pieśni patriotyczne. Do pomostu Bellamy Cay podpływają dziesiątki dinghi. Eleganckie żeglarskie garnitury: białe spodnie, granatowe dwurzędowe marynarki z emblematami klubów, białe koszule, krawaty…  Harcerze z Nowego Jorku w mundurach. Staropolskie ubiory Bractwa Wybrzeża i paradne Karaibskiej Republiki Żeglarskiej. Większość  w okazyjnych koszulkach z logo „Wagner Sailing Rally 2012”.

Około godziny pierwszej do pomostu podpływa łódź wiosłowa z  marynarzami, którzy delikatnie przenoszą tablicę, montują ją na postumencie i zakrywają biało-czerwoną flagą.  Czekamy na gości.

 

Janusz Kędzierski sprawdza obecność. Ilu nas jest i skąd.

 

Z Nowego Jorku?! Głośny krzyk.
Z Chicago?! Mniej głośny, ale słychać.
Z Toronto?! Dachówki spadają z Last Resort.
Z Polski?! Też głośno.

Polska flaga na Bellamy Cay

Gości honorowych przywożą na wysepkę łodzie „The Last Resort”. Jurek Knabe, Komandor „Wagner Sailing Rally 2012”   wita honorowych gości i nas wszystkich. Na maszt, jako pierwsza, wyjeżdża biało-czerwona  flaga państwowa. Nad Trellis Bay rozlega się polski hymn.

„ Jeszcze Polska nie zginęła…” usłyszał Władek nad swoim domem na Bellamy Cay.

Był z nami, czułem to…

Zbigniew Turkiewicz