Ryszarda L. Pelc

"O, te skarby, te obrazy". (Część I).

Wróciłam do Michigan po wielomiesięcznej nieobecności.

Staram się teraz porządkować nasz dom i ogród, próbując równocześnie "poukładać" wrażenia z podróży do Polski wiosną 2007 roku.

Nie wiem czy jest to możliwe; bo jak to często bywa, doznania, które wydawały się tak silne, że "do końca życia" miało się je pamiętać, powoli zacieraja się. Wrażeń było wiele i były różnorodnej natury.

Ważne, bardzo emocjonalne były spotkania z najbliższymi w Warszawie. Pamiętna, z pewnością była wspólna z nimi wizyta w świeżo odrestaurowanym pałacu w Wilanowie. Przyjemne chwile spędziliśmy na Starym Mieście wśród tłumów warszawiaków i turystów. Słuchaliśmy słynnej orkiestry z Chmielnej, podziwaliśmy kataryniarza, katarynkowe melodie i zieloną papugę. Na Rynku Starego Miasta ulokowali się malarze sprzedający obrazy przedstawiające pejzaże warszawskie.

Nieopodal Rynku rozsiedli się rzeźbiarze. Sprzedają wydłubane w pniach drzew lub w korze małe figurynki, końskie głowy, postaci starych górali, figurki świętych.

Na Starym Mieście pełno sklepów i sklepików z biżuterią. Eleganckie wystawy, szykowne wnętrza. Bursztyny oprawne w srebro czy złoto przyciągają uwagę. Są piękne. Mienią się wszelkimi odcieniami miodu. Bogactwo. Byłoby przesadą twierdzić, że staromiejskie sklepy jubilerskie cierpią od nadmiaru klienteli; ale z pewnością nabywcy są. Kawiarnie są pełne gości godzinami przesiadujących przy "małej czarnej". "Pierogarnia" też ma powodzenie. Położona nieopodal Barbakanu pęka w szwach. Ma zasłużoną renomę, a w związku z tym ceny raczej wysokie. Stylowe kawiarnie "Pożegnanie z Afryką" wabią wystrojem i zapachem kawy.

Warszawa da się lubić. Warszawa lubi się bawić.

Teatr Wielki, po raz kolejny w  historii, przeżywał swoje wielkie dni a my mieliśmy szczęście w tym uczestniczyć. W kwietniu w Warszawie odbywał się Festiwal Moniuszkowski. Była to dla nas rzadka okazja do podziwiania oper Moniuszki, tego na wskroś polskiego kompozytora. Znakomite przedstawienie "Strasznego Dworu" wzruszyło mnie niemal do łez. Muzyka, wykonanie i reżyseria zachwyciły też obie moje muzykalne wnuczki, Karolinę i Zosię. Urodzone i mieszkające we Francji znają biegle język polski i nie ukrywam, że jest to powód mojej satysfakcji, choć żadnej w tym mojej zasługi. Dzieli nas przecież Atlantyk.

Patriotyczne przeżycia Warszawiaków i turystów raz po raz pobudzane są jakimś "happeningiem". Uczestniczyliśmy w jednym z nich.

Zrobiony z rozmachem spektakl ilustrował wydarzenia dwu dni Insurekcji Warszawskiej w 1794 roku.

W Ogrodzie Saskim, za Grobem Nieznanego Zołnierza stojąc w tlumie oglądaliśmy zmagania naszych zbuntowanych odziałów wojska i dzielnych mieszczan warszawskich z wrażymi siłami. W akcji były oddziały rosyjskich i pruskich zaborców. Huku i dymu było co niemiara. Nie doczekaliśmy końca tej bitwy w Ogrodzie. Nie wiem jak został wyreżyserowany. Natomiast wiemy, że w 1794 roku w wyniku tego zrywu zaskoczony atakiem oddział rosyjski zmuszony był do ucieczki, a w Warszawie lud dokonał samosądu wieszając zdrajców na latarniach. Ale triumf ludu był krótki. Podobnie jak zwycięska bitwa pod Racławicami nie oznaczała zwycięstwa Powstania Kościuszkowskiego (1794), tak Insurekcja Warszawska będąca odpowiedzią na wezwanie Kościuszki, nie przyniosła wyzwolenia. Niedługo potem nastąpił kolejny, trzeci rozbiór Polski. Tak więc było to jeszcze jedno narodowe powstanie, jeszcze jeden tragicznie zakończony zryw narodowy. Ale happening w Saskim Ogrodzie kończył się z pewnością optymistycznie. Kiliński, jeden z bohaterów tamtych zdarzeń patrzy na nas z wysoka. Polacy postawili mu pomnik.

* * *

Z Warszawy do Zakopanego wyjeżdżaliśmy rano 3-go maja. Spodziewałam się, że ulice miasta, ktorymi jechaliśmy na dworzec Centralny, będą udekorowane flagami. Nie były. Zwisały tylko z okien urzędów państwowych. Powiewały też z wież kościołów. Ale mieszkańcy Warszawy nie zademonstrowali jakoś swej radości z okazji tego podwójnego narodowego święta. Nie były też widoczne (poza nielicznymi wyjatkami) na trasie naszego pociągu. Zastanawiamy się do dziś, dlaczego? Może wieszanie flagi narodowej nie jest dziś "na topie"?  Tak, tak. Wyrażenie "Być na topie" jest bardzo modne. Oznacza mniej więcej to samo co kiedyś "to jest modne". Jeżeli ktoś jest "na topie" oznacza, że odniósł sukces. O mowo polska...!

* *  *

Wincenty Pol, dziewiętnastowieczny poeta, piewca uroków ziemi ojczystej pisał:

"O te skarby, te obrazy,
i natury i swobody:
Chwytaj pókiś jeszcze młody,
Póki w sercu jeszcze rano!
Bo nie wrócą ci dwa razy, a schwycone pozostaną
".

Jedziemy w góry bo tam, jak twierdzi wielu miłośników Tatr, jest kwintesencja natury i swobody! Nasz pociąg przemierzał podwarszawskie pola, mijaliśmy kwitnące sady i rozległe, znikające za horyzontem pola kwitnące złocistym rzepakiem.

 

Przydrożne wierzby stały nostalgicznie na polnych ścieżkach. Ekspres (Warszawa-Zakopane) "TATRY" mijał malutkie stacje, rozpadające się brudne budynki kolejowe, pomazane straszliwie wagony podmiejskich pociągów.

Brak troski, wandalizm, barbarzyństwo, bieda? Pytałam sama siebie. Wszystko to razem zapewne. Nie jest to wyłącznie polska specyfika, naturalnie. Ale tam bardziej to wszystko doskwiera.

Za Krakowem (z równie obskurnym dworcem, jak w podwarszawskim Wołominie) krajobraz uległ zmianie. Pociąg zacząl się wspinać pod górę. Było pięknie. Zielono, kwieciście, złociście. W pewnym momencie zobaczyłam potężną bryłe kościoła i klasztoru na Górze Kalwarii. Lśniły wieże świątyni, mury wznosiły się dumnie. Widać było nawet z oddali z jak wielką troską i jakim ogromnym nakładem środków pieniężnych jest ta świątynia utrzymana. Ba, nawet stacja kolejowa "Kalwaria Zebrzydowska" była w nieco lepszym stanie niż wcześniej mijane, ale też brudna i zaniedbana.

Na naszej drodze była "sentymentalna" stacja Chabówka. Przed wielu laty bywaliśmy tu niejednokrotnie. Przesiadaliśmy się w Chabówce na "ciuchcię", która zawoziła nas do Rabki.

"W góry, w góry miły bracie, tam przygoda czeka na cię" - przypominam sobie rymowankę znaną od dzieciństwa.

Jesteśmy w górach!

Zamieszkaliśmy w willi "Karpaty" przy  zacisznej uliczce, nieopodal Wielkiej Krokwi i niezbyt daleko od centrum miasta, czyli od słynnych Krupówek. Pod naszym balkonem szumi strumyk, wysokie smreki wydzielają żywiczne balsamy. Zwyczajnie, jak to w maju, wszystko wokól kwitnie. Pachną czeremchmy. Dzień ciepły i słoneczny. Pod oknami pojawili się jeźdzcy na koniach.

Kapryśne góry przywitały nas życzliwie. Widoczność wspaniała. Giewont wydaje się bliski jak na wyciągnięcie ręki. Na miejscu, gdzie kilka lat temu była piękna rozległa łąka dzisiaj jest coś na kształt "wesołego miasteczka".

Zakopane jest miejscem ciekawym. Ma może nie bardzo długą, ale ciekawą historię. Na przełomie XIX i XX wieku nastąpił jego rozwój. Przyjeżdżała tu artystyczna elita Polski. Zakopane dba o to by pamiętano o tych, którzy sławili urodę i walory klimatyczne Tatr i Zakopanego.

Dobrze utrzymane jest Muzeum Tatrzańskie. Fascynująca jest galeria wybitnego artysty malarza i rzeźbiarza Władysława Hasiora, interesujące muzeum Kornela Makuszyńskiego w jego dawnym mieszkaniu. Dom Jana Kasprowicza na Harendzie czy willa Atma, w której mieszkał Karol Szymanowski, zasługują na kilkakrotne wizyty.

A stary cmentarz zakopiański? Nie można być w Zakopanem i nie pójść tam. Kiedy chodzi się pomiędzy grobami, z niezwykłymi artystycznie pomnikami, odnosi się wrażenie, że czyta się indeks w podręczniku historii literatury i sztuki.

Na specjalną uwagę zasługuje też wspaniała kolekcja kobierców wschodnich, gromadzona przez dwa pokolenia Kulczyckich (Włodzimierza - ojca i Jerzego - syna) ocalała dzięki pasji pani Anny Kulczyckiej, żony Jerzego. Dodać jednak trzeba, iż dopomógł temu ocaleniu też cud. Bo jak wytłumaczyć fakt, iż kobierce ukryte pod podłogą w mieszkaniu przetrwały lata wojny i nie zgorzały podczas powstaniaw Warszawie obróconej w gruzy?

Zakopane ma jeszcze inny powod do dumy. Teatr im. Witkacego potrzymuje tradycje z czasów Stanisława Witkiewicza; dramaturga, malarza, podróżnika. Widziałam "Bal w Operze" Tuwima. Co za aktorstwo! Balansowało na pograniczu sztuki akrobatów.

Zakopane to nie tylko "zimowa stolica Tatr". Na nartach zjeżdżać można wszędzie tam gdzie są góry. Wspaniałe widoki? Prawda, ale w wielu innych miejscach Europy i świata podziwać można także niewykłą urodę gór. Miałam szczęście. Widziałam ich wiele.

Ale w tamtych "obcych" górach nie ma ani pustelni świętego Alberta (na drodze do Kalatówek), ani "Atmy" z muzyką Szymanowskiego w tle, ani spiżowego Koziołka Matołka zapraszajacego do domu, w którym mieszkał Karnel Makuszyński. I nie ma takich pieknych, wzruszających kapliczek przydrożnych jak te, które tylko w Zakopanem i jego okolicy zobaczyć można.

Na jednej ze ścian skalnych w pobliżu Zakopanego, jest inskrypcja pochodząca z I połowy XIX wieku. Głosi ona: "Kto tu obraz swych uczuć malować się sili, ten sobie zbyt pochlebia i innych omyli".

No cóż, nie sposób nie docenić prawdy tych słów. Ale mimo to, raz jeszcze do Zakopanego myślami wrócę, by kolejny "obraz swych uczuć" Państwu przekazać.

ciąg dalszy na stronie Obrazki z podróży