Ryszarda L. Pelc

O, te skarby, te obrazy. Cz.IV

(Dziennik Zakopiański).

Jest sobota 12 maja. Około 11 tej wychodzimy do pobliskiego przystanku autobusowego. Zamierzamy dojechać do Doliny Kościeliskiej. Wg. rozkładu jazdy czas oczekiwania będzie krótki. Ale w rzeczywistości okazało się, że  jest inaczej. Busików jest wiele, ale żaden z nich nie jedzie do Kościeliskiej.
Po długim oczekiwaniu zaczynamy się niepokoić. Nawiązujemy rozmowę z „wyglądającym na miejscowego”, który właśnie pojawił się na przystanku. Dowiadujemy się, że do Kościeliskiej można złapać autobus nie tu, a koło dworca.

Straciliśmy sporo czasu, i nie po raz kolejny przekonaliśmy się, że nie zawsze można wierzyć w to, co „czarno na białym” napisane.

Zastanawiam się jak sobie radzą cudzoziemscy turyści, którzy nie znają polskiego, a więc się „nie dopytają”?

Wsiadamy w autobus jadący do dworca. I tu trzeba czekać. Kierowca musi zebrać komplet pasażerów. Jest to może i logiczne, tylko... Ale okazuje się, że  jeden z autobusów kursuje wg. określonego rozkładem czasu.  Idziemy więc zobaczyć stojący nieopodal  pomnik „Ognia”. Wzniesiono go w Zakopanem kilka miesięcy temu. Pierwotnie miał być w Nowym Targu. Ale tam było zbyt wiele protestów. No cóż, historia naszej Ojczyzny zawsze była trudna. „Ogień” był jednym z  jej „kontrowersyjnych” bohaterów.

Busik, który zabierze nas do Doliny Kościeliskiej zapełnia się. Odjeżdżamy. Po drodze  fascynujące widoki, piękne, bogate zakopiańskie wille.

Przed wejściem do Parku Narodowego sporo ludzi. Głównie wycieczki, choć nie brak i indywidualnych turystów. Po drodze mijamy dorożki. Góral oferuje przejażdżkę na Ornak za 150 złotych. Po chwili obniża do 100. Ale nie korzystamy także i z tej zniżki. Idziemy piechotą drogą wytyczoną pomiędzy wysokimi górami porosłymi niebotycznymi świerkami. Dzień jest słoneczny, więc widać skrzące się wierzchołki gór pokryte śniegiem. Idziemy wzdłuż potoku, nad którym gęsto porosły złociste kaczeńce. Na naszej drodze bacówka. Wstępujemy. Gaździna siedzi na ławce i przygląda się mężczyźnie, który wędzi oscypki nad otwartym ogniem. Chata pachnie dymem. „Czy mogę panią sfotografować”? „A rób pani. Wszyscy ze świata robią mi zdjęcia. Czuję się jak jako gwiazda z Holywuda” - odpowiada i śmieje się. Oboje są włascicielami 200 owiec, ale pastwisko należy do Parku Narodowego. „Wygraliście bitwę o oscypek z Unią Europejską” - mówię, przypominając sobie owe pamiętne boje o „patent”, a wcześniej o możliwość eksportu słynnego tatrzańskiego przysmaku. Wychodzimy.

Po drodze minęliśmy kapliczkę zbudowaną dla górników wydobywajacych w Kościeliśkiej w XIX w. rudę srebra.

Po kilkugodzinnej wędrówce zawracamy, wstępując do znajdującej się tuż za bramą Parku restauracji „Złoty pstrąg”. Miło, czysto, przyjemnie, niezbyt drogo i smacznie. Jemy na dworze pod wielkim parasolem, siedząc przy sosnowym stole. Zajęliśmy miejsce z widokiem na kilku dorożkarzy popijających piwo, na ciemnozielone smreki i na wysokie góry.

* * *

Powrót autobusem.

Z autobusu wysiadamy na ulicy Kościeliskiej, przy najstarszym zakopiańskim  kościółku. Obok niego jest cmentarz. Jest tu 500 grobów (wg. Wikipedii), w tym połowa z nich to groby wybitnych Polaków i zasłużonych dla miasta.

To miejsce trzeba odwiedzić skoro się jest w Zakopanem.

Ten cmentarz jest jak wielka księga historii nie tylko Zakopanego.

Jest miejscem, gdzie odnajdujemy ślady polskiej dramatycznej historii. Przypomina o tym symboliczny grób Bronislawa Czecha zamordowanego w Oświęcimu, grób rozstrzelanej przez Niemców kurierki Heleny Marusarzówny i jej brata, zmarłego w 1993 roku, żołnierza AK, legendarnego kuriera w czasie II wojny światowej, mistrza polskiego narciarstwa, Stanisława.

Cmentarz na Pęksowym Brzyzku jest najstarszą nekropolią Zakopanego założoną staraniem księdza Józefa Stolarczyka.

Na cmentarz wchodzi się przez bramę przypominajacą włoskie bramy cmentarne. Jak mi powiedziano zaprojektował ją Stanisław Witkiewicz.

Mijamy groby Stefana Zwolińskiego, fotografa Tatr, Marii Witkiewiczowej, który jest równocześnie symbolicznym grobem jej syna, Stanisława Ignacego Witkiewicza (Witkacego).

Przed kilkunastu laty odbyła się uroczystość sprowadzenia prochów Witkacego z ukraińskiej wsi Jeziory do Polski. Miało to miejsce w 1988 roku. Jednakże kilka lat potem - chyba w 1994 - okazało się jednak, że to nie On. Jedni twierdzili, że to zwłoki rosyjskiego żołnierza, inni, że szczątki młodej kobiety. Kiedy te wieści dochodziły do mnie z Polski, pomyślałam, że nawet po śmierci Witkacy zakpił z Rodaków.

W głębi, za grobem Marii Witkiewiczowej, jest skromna, niewielka mogiła Jana Pęksy, fundatora cmentarza. Nazwa pochodzi od jego nazwiska. Podarował on mieszkańcom Zakopanego piękny kawałek ziemi, ów „ brzyzek”, co w gwarze góralskiej oznacza urwisko nad potokiem. Nieopodal grób Karola Makuszyńskiego a na nim płonące świeczki i świeże kwiaty. Pamiętają tu o nim. Może przeszła przed nami jakaś szkolna wycieczka?

Zatrzymuję się  nad  gróbem Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Zmarł w Warszawie w 1940 roku ale przeniesiono go tutaj i zbudowano mu wielki grobowiec. Obok Poety groby Orkana, Sabały, Stryjeńskiego, Stanisława Witkiewicza.

Jan Kasprowicz również spoczywał na tym cmentarzu przez siedem lat aż do czasu, kiedy wybudowano wielkie mauzoleum tuż przy Jego domu na Harendzie.

Pod murem cmentarnym stoi skromny grób z żelaznym krzyżem. Na nim jest tabliczka z nazwiskiem „Piłsudski” i dopisek, z którego wynika iż utonął w Sekwanie. Nie znalazłam żadnej informcji o tym człowieku. Kim był, co robił, w jakich okolicznościach zginął. Kto jego kości złożył tu, w Zakopanem na „brzysku”? Czy ma związek z naszym narodowym bohaterem Józefem Piłsudskim?

Może ktoś z Czytelników mojego „dziennika” pomoże rozwiazać zagadkę?

Kończymy naszą wizytę na Pęksowym Brzyzku. Tuż przy bramie mijamy grobowiec znanej i wielce zasłużonej dla miasta rodziny Chramców. Zmarły w 1939 roku dr Andrzej Chramiec niedawno doczekał się swego pomnika. Stoi przed Magistratem. Wcześniej ufundowano tablicę, na której widnieje napis „Założycielowi największego i najbardziej renomowanego zakładu leczniczego w Zakopanem, wójtowi Zakopanego w latach 1901-1906, reformatorowi i orędownikowi naszej ziemi w 65. rocznicę śmierci w dowód wdzięczności mieszkańcy powiatu tatrzańskiego”.

* * *

Dzień dobiega końca. Słońce oświetla góry otaczające miasto. Po wizycie na cmentarzu uparcie powraca w myślach łacińskie powiedzenie „Memento mori”. Na Pęksowym Brzyzku jeszcze częściej przychodziło inne, przypisywane Horacemu: „Non omnis moriam”. Przecież spoczywający tam, za życia stworzyli dzieła, dzięki którym żyją do dziś. I będą żyć tak długo jak będziemy czytać ich wiersze, podziwiać kunszt malarski czy rzeźbiarski, pamiętać o nich.

Równocześnie nie możemy zapominać innego powszechnie znanego wyrażenia „Carpe diem”.

Ileż  razy sobie to uświadamiam? Tak, trzeba korzystać z dnia, cieszyć się nim, tak długo, jak to jest możliwe. Bo „naśmiawszy się nam i naszym porządkom, zamkną nas w mieszek, jak to czynią łatkom” o czym kilka wieków temu pisał Jan Kochanowski.

* * *

Do „Willi Karpaty” wracamy przez Krupówki. Z licznych restauracji dobiega góralska muzyka, kuszące zapachy, wabią interesujące wystroje wnętrza.

My nie damy się „zwieść”. Planujemy dzisiejszy wieczór spędzić w „Bąkowej Zohylinie” przy ulicy Józefa Piłsudskiego. Tam gra kapela, dają dobre jedzenie. Wynieśliśmy stamtąd dobre wspomnienia z poprzedniego pobytu w Zakopanem. I tym razem nas nie zawiedli.

Szczególny rarytas to wspaniały pachnący chleb ze smalcem ze skwarkami. Kto dziś to jeszcze pamięta?

Wracamy do domu pod wygwieżdżonym niebem. Jest piękie i nastrojowo. Jaka szkoda, że zostało nam już tak niewiele czasu w Zakopanem. A jeszcze tyle mamy planów.

Nęci  wyjazd kolejką na Gubałowkę (koniecznie!). Z wyprawy do Morskiego Oka także niepodobna zrezygnować. A jakże można nie odwiedzic i podumać w pustelni Świętego Alberta, wstępując tam w drodze na Kalatówki?


Zakończenie na stronie Obrazki z podróży