|
WIADOMOŚCI |
![]() |
|
|
Tutaj nasi czytelnicy znajdą aktualne wiadomości i komentarze o naturze politycznej i historycznej. Link
do codziennych wiadomości Polskiej Agencji Prasowej:
Jan Czekajewski 5 luty 2005 r. Plany Amerykanskie dla Polski w 1944r. W zwiazku z 60. rocznica zawarcia Ukladów Jaltanskich w lutym 1945 r. i szeregiem artykulów w polskiej prasie na temat zdradzieckiego przekazania Polski w Jalcie pod kontrole Stalina, pozwole sobie na komentarz dotyczacy planów dla polskich granic jakie proponowal byly podsekretarz spraw zagranicznych USA, Pan Sumner Welles, kilka miesiecy wczesniej, bo latem roku 1944 r. Artykul na ten temat ukazal sie w popularnym, w owym czasie, ilustrowanym magazynie "Life", latem 1944 r., tuz przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Mr. Welles napisal takze ksiazke "The Time for Decision" wydana w 1944 r. przez firme "Harper and Bros", a opisujaca w szczególach plany zarówno dla Polski i Niemiec, jak i dla kolonii brytyjskich i francuskich po wygranej wojnie. Wedle magazynu "Life", Mr. Wells byl bliskim doradca Prezydenta Roosevelta. Zgodnie z propozycja Mr. Welles'a Niemcy mialy zostac po wojnie podzielone na trzy oddzielne kraje: Niemcy Poludniowe, Niemcy Pólnocne i Niemcy Wschodnie (bez Prus Wschodnich). Prusy Wschodnie mialy przypasc w calosci Polsce, a ich niemiecka ludnosc okreslona na 700.000 miala zostac przesiedlona na pasek ladu odebrany Polsce, a obejmujacy Poznanskie i Górny Slask, gdzie wedle Mr. Welles'a ludnosc byla w wiekszosci niemiecka. Ta czesc Polski miala byc przylaczona do Niemiec Wschodnich. Co do granic wschodnich - Polska mial oddac ZSSR tereny na wschód od linii Curzona, czyli tak jak przebiega dzisiejsza polska granica na wschodzie. Na tym terenie, wedle Mr. Welles'a zylo 4.700.000 Ukrainców, Bialorusinów i Rosjan. Po zwycieskiej wojnie sojusznicza Polska, jak planowal Mr. Wells, miala miec nastepujacy sklad populacji: 20.780.000
Polaków Mr. Welles informowal, ze Polska w 1939r. miala 32.348.000 mieszkanców, w tym tylko 22.281.000 Polaków. Nie ma żadnej watpliwosci, ze Stalin nie mial przyjaznego stosunku do Polski, ani nie zamierzal tolerowac jej niepodleglosci, niemniej jednak, gdyby decyzja w pelni zalezala od Mr. Welles'a, Polska po zwycieskiej wojnie bylaby duzo mniejsza od dzisiejszej. W gruncie rzeczy Niemcy po przegranej wojnie wyszliby terytorialnie lepiej niz Polska. Decyzje w Jalcie byly zle dla Polski, ale byloby gorzej gdyby w Jalcie o polskich granicach decydowal wylacznie amerykanski podsekretarz stanu, Mr. Sumner Welles. Moze jest to lekcja na przyszlosc. Jan
Czekajewski, USA Czlonek Polskiego Instytutu Naukowego w N.Y.
(PIASA)
Autoryzowany wywiad z Radkiem Sikorskim Radosław Sikorski, ur. w 1963 r. w Bydgoszczy. W
latach 1981-1989 przebywał w Wielkiej Brytanii, gdzie ukończył nauki polityczne,
filozofię i ekonomię na Oxford University uzyskując Master of Arts (Magister
Artium) i Bachelor of Arts degree. W latach 1986-1989 korespondent
wojenny "Spectatora" i "Observera" w Afganistanie
i Angoli, następnie warszawski korespondent "The Sunday Telegraph"
(1990 - 1991). Od 1990 r. doradca Ruperta Murdocha ds. inwestycji w Polsce.
W 1992 r. Wiceminister Obrony Narodowej w rządzie Jana Olszewskiego. Od
stycznia 1998 r. Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych
odpowiadający za sprawy konsularne, łączności z Polonią oraz stosunków,
RP z państwami Azji, Afryki, Ameryki Łacińskiej. Nagrodzony pierwszą nagrodą
World Press Foto w kategorii reporterskiej za zdjęcie "Ofiary".
Autor książkowej relacji z wojny w Afganistanie pt.: "Prochy świętych
- Podróż do Heratu w czas wojny” oraz "The Polish House,
an Intimate History of Poland" i wielu innych publikacji w Stanach
Zjednoczonych. Gregory Akko - W marcu 1981 roku był
Pan przewodniczącym komitetu strajkowego w Liceum Ogólnokształcącym im. Ludwika
Waryńskiego w Bydgoszczy. Jak Pan dzisiaj wspomina
lata 1980-81? Radek Sikorski - Miałem wtedy 18
lat, a człowiek zawsze dobrze wspomina czasy młodości. Niedawno
przeglądałem archiwum domowe i znalazłem protokół ze spotkania Międzyszkolnego
Komitetu Strajkowego, któremu przewodniczyłem. Znalazłem tam podpisy
znanych ludzi, m.in. Maxa Kolonki, obecnego korespondenta TVP w Nowym
Jorku. Do samego strajku zresztą nie doszło, gdy Lech Wałęsa odwołał
strajk ogólnopolski. Była to kulminacja tzw. ‘prowokacji bydgoskiejâ
w marcu 1981 roku. Wtedy cały kraj prawie stanął, Pakt Warszawski
przeprowadzał groĽne manewry w Polsce i wszyscy przekonani byliśmy, że władza
celowo pobiła związkowców Solidarności. Po latach bohater tamtych
zdarzeń, Jan Rulewski, którego ZOMO siłą wyprowadziło z sali, którą okupował,
powiedział mi, że wtedy zelżył oficera prowadzącego akcję a tamten dał mu
niejako prywatnie w nos. Rulewski ma sztuczną szczękę, którą wyjął i w
świat poszły zdjęcia, na których wyglądał tak, jakby wybito mu zęby po
brutalnym skatowaniu. G.A. - A kiedy i
pod wpływem, jakich bodĽców przyszło postanowienie studiowania na tak
prestiżowej uczelni, jaką jest Oxford University w Wielkiej Brytanii? R.S. - W kraju byłem finalistą
olimpiady języka angielskiego i automatycznie uzyskałem piątkę na
maturze. W Anglii w 1981 roku zastał mnie stan wojenny i zdecydowałem się
‘wybrać wolnośćâ jak to się wtedy mówiło. Szczęśliwym łutem
szczęścia rok wcześniej wprowadzono zasadę, że uchodĽcy polityczni mogą się
ubiegać o takie same stypendia jak krajowcy. Na Oxfordzie byłem
przewodniczącym Towarzystwa Polskiego i członkiem zarządu klubu debat Oxford
Union. Zawsze interesowała mnie polityka, więc kierunek pod nazwą PPE,
czyli filozofia, nauki polityczne i ekonomia był jakby dla mnie skrojony.
G.A. - Dziennikarz, pisarz,
publicysta. W latach 1986-89 był brytyjskim korespondentem podczas wojny w
Afganistanie. W Afganistanie zginął Pana przyjaciel Andy Skrzypkowiak, któremu
zadedykował Pan książkę „Prochy świętych - podróż do Heratu w czasie
wojny”. Co Pan czuł tracąc przyjaciela? Co Panu dał pobyt w takim kraju,
jak Afganistan i jak tamte doświadczenia przekładają się na Pański sens życia? R.S. - Pobyt w Afganistanie nauczył
mnie przede wszystkim szacunku dla ludzi z odmiennych kultur. Sami żyjąc w
nędzy, Afgańczycy oddawali mi swą ostatnią miskę ryżu i ryzykowali życie, aby
mnie przeprowadzić przez swój kraj bezpiecznie. Mniej mam też tolerancji
dla narzekania w Polsce. W Afganistanie widziałem większą biedę i straszliwe
cierpienia, ale tam ludzie noszą swą dumę głęboko i nikt nie narzekał. G.A. - Radosław Sikorski, były
Wiceminister Obrony Narodowej, póĽniej Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Spraw
Zagranicznych odpowiadający za sprawy konsularne i łączność z Polonią,
wypowiedzi Pana na temat Polonii wzbudzały wiele kontrowersji. Ile miał Pan lat
obejmując tak poważne stanowiska rządowe. Czy wtedy, kiedy Pan się zdecydował
pełnić te rządowe stanowiska, to miał Pan wrażenie, że istnieje wola polityczna
do współpracy? R.S. - Wiceministrem Obrony Narodowej
zostałem w wieku 29 lat w specyficznych rewolucyjnych czasach. Byliśmy
pierwszym rządem wyłonionym w pełni demokratycznie i pierwszym, który
zadeklarował, że naszym celem jest przystąpienie do NATO. Byłem
wtedy jednym z niewielu cywili, którzy byli na wojnach i mieli kontakty
z zachodnimi środowiskami wojskowymi. Moja nominacja miała też być
sygnałem, że stawiamy na ludzi wykształconych na zachodzie. W MSZ
służyłem prawie dekadę póĽniej. Mam wrażenie, że Polonia pamięta życzliwie
niektóre moje inicjatywy, na przykład interwencje, które doprowadziły
do tego, że pan Ted Turner przeprosił nas za rasistowski żart z Polaków.
Albo to, że pani Leslie Stahl usunęła ze swej książki szkalujące nas stwierdzenia.
Naturalnie jeszcze się taki nie narodził, który by wszystkim dogodził. R.S. - Jestem dumny z tego,
że mogłem pracować na odpowiedzialnych stanowiskach dla wolnej Polski, o której
kiedyś marzyłem. Tamte doświadczenia pomagają mi też w dzisiejszym
dziennikarstwie i pracy analitycznej. Wiedząc jak rządzenie wygląda od
środka, łatwiej jest formułować oceny i scenariusze. G.A. - Od 1 kwietnia 2002 roku
jest Pan dyrektorem wykonawczym Nowej Inicjatywy Atlantyckiej w American
Enterprise Institute, Washington D.C.. Prezentuje Pan polski punkt widzenia w
sercu amerykańskiego establishmentu w Washington D.C., 300 metrów od Białego
Domu. Czy praca i zadania postawione przed Panem dają satysfakcję i lubi Pan
robić to, co robi? R.S. - Pracuję, na codzień w sferach,
które współkształtują polityka najpotężniejszego państwa świata. Dla
pasjonata spraw zagranicznych i bezpieczeństwa, to bardzo ciekawe
doświadczenie. Ameryka jest inna, niż się to nam w Europie wydaje i
trzeba ją poznać, aby móc z nią rozsądnie i z obopólną korzyścią rozmawiać.
Rzeczywiście staram się promować nasz punkt widzenia i naszych polityków.
Gośćmi Nowej Inicjatywy Atlantyckiej byli m.in. Jerzy Buzek, Jan
Krzysztof Bielecki, Leszek Balcerowicz i gen. Mieczysław Bieniek. Tego
lata będziemy organizatorami dużej konferencji międzynarodowej w Gdańsku, w
25-tą rocznicę Solidarności. G.A. - Dzisiaj dużo się mówi o
tym, że wejście do Unii Europejskiej w 2004 roku to szansa na skok
cywilizacyjny dla Polski. Polska w UE to wizja Polaka tolerancyjnego, dobrze
wykształconego, władającego kilkoma językami, słowem "obywatela
świata". Czy coś stoi na przeszkodzie, by Polak poza UE był tolerancyjny i
dobrze wykształcony? Może to polski patriotyzm się nie nadaje, a może
przywiązanie do tradycji narodowej. Może to przeszkadza w pełnej
"europeizacji"? Kapitał międzynarodowy - ten, który nie wykupuje,
lecz buduje i tworzy nowe miejsca pracy - od Polski stroni. Czy nasi
politycy zdają się zapominać, że po wejściu do UE zmienią się polskie
priorytety i alianse? Czym jest dziś Unia Europejska? R.S. - Wydaje mi się, że
właśnie w kontekście instytucji europejskich stajemy się lepszymi patriotami.
Proszę wziąć pod uwagę choćby niedawny incydent, kiedy to o mały włos Parlament
Europejski nie uchwalił rezolucji w rocznicę wyzwolenia Auschwitz ze
skandalicznymi słowami o ‘polskim obozie koncentracyjnymâ. I
wtedy nasi przedstawiciele się zmobilizowali i zbrodnia została przypisana
prawdziwym autorom, hitlerowskim Niemcom. Jeszcze rok temu, mało kto by na to
zwrócił uwagę, a warszawskie elity nawoływałyby, aby udawać, że pada deszcz.
W instytucjach europejskich znajduje teraz pracę tysiące Polaków i
okazuje się, że są nie gorsi od zachodnich kolegów, a za parę lat będą, moim
zdaniem, lepsi. Dorobią się, wyrobią się, kiedyś wrócą do Polski i to już
będzie elita urzędnicza na światowym poziomie. G.A. - Czy
przewodnictwo nasze w koalicji wojskowej „New Europe” w Iraku, nie
szkodzi naszym interesom z UE? R.S. Kilku dżentelmenów w
Paryżu i Berlinie poirytowało się, że ośmieliliśmy się mieć własne zdanie, ale
sądzę, że na przyszłość będą bardziej skłonni do konsultowania ważnych spraw z
Polską zawczasu. W sensie wojskowym Europa jest i jeszcze długo będzie pigmejem
i nikogo nie powinno dziwić, że stawiamy na sojusz z Ameryką. G.A. - Nie
doczekaliśmy się jeszcze tego by Waszyngton bardziej docenił polski udział najpierw w
wojnie, a następnie w oddziałach pokojowych w Iraku. Ostatecznie na tym świecie nic nie ma za darmo i nikt nic za darmo nie
robi. R.S.- Rośnie pomoc
wojskowa USA dla Polski, z 12 do 60 milionów dolarów, co niestety nie pokrywa
naszych wydatków w Iraku. Powinniśmy zabiegać o stworzenie przez USA
‘funduszu solidarnościâ w wysokości 400-500 milionów dolarów
rocznie, z którego wspierać można by kraje, które są faktycznymi sojusznikami w
potrzebie, a nie tylko na papierze. G.A. - Przeczytałem Pana wywiad
z Paulem Wolfowitz, zastępcą sekretarza stanu USA i jednego z czołowych
przedstawicieli amerykańskiego neokonserwatyzmu, współtwórcy polityki
zagranicznej George'a Busha, który powiedział „Uczestniczymy w walce,
która potrwa dziesięciolecia …” Zadam Panu to samo pytanie, które Pan zadał dla
Paul Wolfowitz podczas rozmowy w dniu (listopad 3, 2004). http://efakt.redakcja.pl/artykuly/artykul.aspx/Artykul/42099 RS: Ale
Stany Zjednoczone wspierają niedemokratyczne rządy w Egipcie i innych krajach.
W jakim stopniu projekt eksportu demokracji do świata arabskiego jest realny, a
w jakim jest tylko elementem kampanii propagandowej uzasadniającej interwencję
w Iraku? R.S. Myślę, że zawsze jest pewien
rozziew między ideałami, które przywódcy głoszą a działaniami, jakie podejmują.
Natomiast, gdy ta przepaść jest zbyt duża, pojawia się wrażenie braku
szczerości i podejrzenie o stosowanie podwójnych standardów. Myślę, że
jeszcze bardziej po ambitnym, mesjanistycznym przemówieniu inauguracyjnym
Prezydenta Busha USA będą musiały pokazać, że to więcej niż propaganda
wyborcza. Dla mnie przekonującym dowodem byłoby mocne postawienie spraw
demokracji i praw człowieka podczas zbliżającego się szczytu z Prezydentem
Putinem, oraz przeznaczenie środków na realizację uchwalonego w zeszłym roku przez
Kongres prawa ‘O wspieraniu demokracji na Białorusiâ. G.A. - Dochodzimy
do ukraińskiego “okrągłego stołu". Jaka jest Pańska ocena tego
wydarzenia? R.S. Naród ukraiński dał
wyraz swemu dążeniu do niepodległości i demokracji, a my Polacy możemy być
dumni z tego, że odegraliśmy ważną rolę w osiągnięciu pokojowego sukcesu. Lech
Wałęsa przestrzegał Premiera Janukowycza przed użyciem siły; Prezydent
Kwaśniewski był mediatorem w imieniu prezydenta USA i wpłynął na stanowisko
całej Unii Europejskiej. W 350 rocznicę umowy pierejaslawskiej na mocy,
której Ukraina przystąpiła do Rosji byliśmy właśnie świadkiem jej ostatecznej
politycznej śmierci.
G.A. - Czas na parę zdań o
rodzinie. Gdzie Pan poznał żonę i jak duża jest wasza rodzina? R.S. - Moją żonę, Anne Applebaum
poznałem w Polsce w 1989 roku. Jako dziennikarze razem wybraliśmy się jej
samochodem do Berlina i siedzieliśmy na Murze Berlińskim twarz w twarz z NRD-owską
policją. Żona była wtedy korespondentem brytyjskiego tygodnika ‘The
Economistâ. Teraz jest członkiem rady redakcyjnej ‘Washington
Postâ, gdzie w środę ma stały felieton. Właśnie wychodzi po polsku
jej historia sowieckich gułagów, za którą w zeszłym roku otrzymała nagrodę
Pulitzera. Mamy dwóch synów, Alexandra i Tadeusza. G.A. - Co oznacza współcześnie
być mężczyzną? Czy żona ma wpływ na Pana polityczną karierę? R.S. - Myślę, że egzamin z bycia
mężczyzną zdałem wobec Afgańczyków podczas wojny z ZSRR, kiedy tygodniami
leciały bomby i rakiety, a i chodziło się przez pola minowe. Natomiast, gdy
byłem politykiem i bywałem zapraszany do telewizji, żona zawsze sprawdzała czy
noszę właściwy krawat i czy jest dobrze zawiązany. G.A. - Zastanawiam
się tylko, czy tak aktywna działalność polityczna i to z dala od kraju, nie
byłaby (z takim doświadczeniem, jakie Pan zdobył w
Stanach Zjednoczonych) lepiej wykorzystana w obecnej zmieniającej się
ciągle Polsce? Kiedy na scenę polityczną w Polsce "powróci Radek
Sikorski", wybory już w tym roku? R.S. - Pańska sugestia jest mi miła.
Naturalnie śledzę rozwój wydarzeń w Polsce i rzeczywiście mam wrażenie, że
naród ostatecznie rozczarował się do post-komunistów. Mnie tylko dziwi,
że niektórzy się dziwią, że ludzie, którzy brali pieniądze KGB nie byli dobrymi
gospodarzami wolnej Polski. G.A. - Jak z tej amerykańskiej
perspektywy patrzy Pan na to, co dzieje się w Polsce? R.S. - Wizerunek Polski w Stanach
Zjednoczonych jest lepszy niż wizerunek Polski w Polsce. Myślę, że jednak parę
rzeczy nam się w Polsce przez te piętnaście lat udało. Jesteśmy
pokoleniem, któremu los dał najlepsze karty od trzystu lat. Sądzę,
więc, że przydałoby się nam trochę więcej amerykańskiego optymizmu i
amerykańskiej życzliwości dla siebie nawzajem.
G.A. - Zatem
dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w dalszej działalności na arenie
politycznej i owocnego, pełnego sukcesów roku 2005. R.S. - Dziękuję
również - bardzo mi było miło.
E-mail: akko@necpac.org
|