Zapiski Oświęcimskie - część I

(fragmenty)

„...Przybyliście tutaj nie do sanatorium ale do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego jest tylko jedno wyjście - przez komin krematoryjny. Żydzi mają prawo żyć dwa tygodnie, księża miesiąc, pozostali - 3 miesiące” - fragment tekstu „powitalnego” przemówienia langerfürera Karla Fritzscha

Matkom-więźniarkom poświęcam

Różne i liczne były publikacje na temat Oświęcimia, największego w Polsce niemieckiego obozu zagłady. Jednak nigdy nie zetknęłam się z historią kobiet wywiezionych z Warszawy podczas Powstania. A że do nich należałam pragnę dać świadectwo prawdzie, wiernie relacjonując mój 6-cio miesięczny pobyt w Oświęcimiu: od sierpnia 1944 r. do lutego 1945 r.

Na zdjęciu: Autorka "Zapisków...", Krystyna Zambrzycka z babcią i ciocią w dniu swojego ślubu (sierpień 1942r.

           Do Oświęcimia z powstańczej Warszawy trafiły dwa transporty: jeden w pierwszych dniach Powstania (z południowej części miasta), drugi pod koniec (z północno zachodniej), po zdobyciu przez Niemców Starówki.

Mąż mój, złapany przez Niemców, został wywieziony do obozów koncentracyjnych w Niemczech: Sachsenchausen, a potem Buchenwaldu.

Ja zaś, po dwóch dniach pobytu w obozie w Pruszkowie, 12 sierpnia 1944 r zostałam wywieziona do Oświęcimia. Byłam wtedy w trzecim miesiącu ciąży.

Gdy zmęczeni 30 godzinną podróżą przybyliśmy na rampę wyładowczą w Brzezince - tzw. lagrze przejściowym, była noc. Wszystkich wyprowadzono z wagonów i zaraz oddzielono kobiety z małymi dziećmi od mężczyzn - już na samym wstępie tragedia dla rodzin. Był to okres wzmożonych transportów z całej Europy. Los Żydów (jak rownież Cyganów) był z góry przesądzony. Nieliczni zdrowi i młodzi szczęśliwcy mogli liczyć na przedłużenie życia jako czasowi funkcyjni. Wiekszość zaś likwidowana była w kilku krematoriach, a gdy ich „moc przerobowa” była niewystarczająca - po prostu w rowach specjalnie na ten cel wykopanych. Pamiętam ten potworny duszący odór, mdły zapach palących się szmat i ludzkich ciał  i łunę rozświetlającą ciemności, kiedy po opuszczeniu wagonów pędzono nas jakąś kamienistą drogą. Przytaczam fragment moich wspomnień z tej nocy:

„...Swąd przenika ubranie, wsiąka w każdy strzępek, załamek materii, we włosy, w skórę. Zdaje mi się, że to moje ciało pali się i zwęgla. Nie czuję już strachu ani lęku tylko otępienie i rezygnację. Idziemy wciąż - jak długo - trudno to określić.

Ciąży nam ostatek naszego mienia, który dźwigamy tak pieczołowicie, jak gdyby od tego zależało nasze istnienie. Mijając płonący las, skręcamy i oto znajdujemy się między dwoma długimi szeregami budynków. Mizerne światła lamp nie dość rozpraszają ciemności sierpniowej nocy. Z za drutów patrzą ku nam postacie dziwne, jak gdyby z innego świata. Luźne kitle, ogolone głowy, trudno zgadnąć: mężczyźni, kobiety czy dzieci. Ręce nie ludzi, lecz szkieletów wyciągają się ku nam: „Rzućcie nam bagaże, dajcie cośkolwiek!”.

Ale my, nieczuli na żebrzące głosy, głupio zapobiegliwi o przyszłość, przyciskamy do siebie to, co i tak jutro zostanie nam wyrwane. Egoistyczna zachłanność na nic się nie przyda. Nim słońce stanie wysoko na niebie, nic nas nie będzie różniło od tych prawie nagich ludzi zza drutów.”

Umieszczono nas w dużej hali z betonową posadzką. Następnie odebrano nam wszystkie rzeczy, które miałyśmy przy sobie. Jak to bywa u zdyscyplinowanych Niemców cały nasz bagaż złożono do depozytu z wyjątkiem pieniędzy i kosztowności, które były z miejsca rekwirowane.

            W trakcie spisywania danych personalnych dostałyśmy numery obozowe. Odtąd byłyśmy bez imion i nazwisk - operowano tylko numerami. Nie byłyśmy tatuowane, gdyż potraktowano nasz transport wyłącznie jako ewakuowaną z Warszawy ludność cywilną. Więźniarki z późniejszych transportów różnej narodowości były tatuowane, np. żona partyzanta, Jugosłowianka Aurelia Gregoric z Triestu. Niemniej otrzymałyśmy jak i wszyscy naszywki na pasiak z numerem ewidencyjnym. Ten skrawek materiału z czerwonym trójkątem i literą P oraz nr 84.160 do dziś przechowuję jako pamiątkę. Czerwony kolor oznaczał więźnia politycznego, zielony lub czarny inne przestępstwa.

            Utkwiła mi w pamięci rozmowa przeprowadzona z jednym z więźniów kręcących się w czasie rejestracji. Zwróciłyśmy się do niego z pytaniem :” Jak tu jest?”. On na to odpowiedział: „ No, tu jest świetnie, istna kaszka manna” jedzenie jest, kobiety są.”. Potem spoważniał i ściszonym głosem dodał: ”Powiem wam tylko jedno: Musicie się trzymać. Nie wolno wam tracić wiary, że wyjdziecie stąd, bo gdy zwątpicie to będzie wasz koniec. Staniecie się „muzułmanami”.”. Potem już będąc w obozie przekonałam się, że to co mówił ten człowiek było szczerą prawdą. Bardzo wzięłam do serca tę radę i nawet wtedy, gdy koleżanki niedoli przynosiły mi hiobowe wieści, głęboko wierzyłam, że przeżyję i wrócę do rodziny.

          Po rejestracji zaprowadzono nas do łaźni, gdzie funkcyjne rozdały używaną i zdezynfekowaną (nie zawsze dokładnie) bieliznę i odzież obozową tj. cienką sukienkę i pasiak. Obuwia nie otrzymałam, chodziłam boso dopóki litościwa dusza nie zdobyła dla mnie dwóch różnych pantofli. W ramach złośliwości kobiety posiadające piękne włosy zostały ogolone na zero.

            Blok, w którym zostałam umieszczona był murowany. Wewnątrz były koje dwupiętrowe na dole zaś drewniana podłoga. W sumie na każdej koi było nas dziesięć osób (po pięć na jednym poziomie). Na kojach znajdywały się cienkie sienniki wypchane słomą oraz szare wojskowe kocyki. Zarówno sienniki jak i koce codziennie trzeba było przed apelem układać w równiutką kosteczkę w głębi koi. Cały blok był strasznie zapluskwiony. Te pasożyty mieściły się w szparach ścian i desek. Atakowały głównie nocą spadając jak deszcz. Zgarniało się je z ciała i dusiło w dłoniach. W końcu Niemcy, w obawie przed wybuchem epidemii, zarządzili dezynsekcję. Przeniesiono nas do innych baraków, zaś do tego szczelnie zamkniętego wpuszczono ten sam gaz, który był używany w krematoriach. Efekt był wiadomy. Po kilku dniach, gdy wróciłyśmy na dawne miejsce miałyśmy wreszcie spokój.

          W naszym bloku mieściły się kobiety tylko z transportu warszawskiego. Przyznałam się naszej sztubowej, że jestem w ciąży. Zebrała wówczas pozostałe ciężarne, które się zgłosiły i zaprowadziła nas na badania ginekologiczne, po których umieszczono nas w innym bloku, gdzie były także dzieci, kobiety starsze i matki z dziećmi.

            Grupę Warszawianek w ciąży traktowano inaczej niż pozostałe kobiety z transportów powstaniowych. Ciąża była jedynym powodem zainteresowania się nami przez Austriaka, dr. Josefa Mengele. Stanowiłyśmy bowiem wspaniały materiał doświadczalno - statystyczny: jak długo wyżyją kobiety ciężarne w warunkach obozowych, a jeśli już urodzą, jaki będzie poród i stopień zdrowotności noworodka. Czy takie badania były także przeprowadzane na kobietach wszystkich narodowości, nie jestem pewna.

            My Polki-warszawianki byłyśmy w pewnych granicach uprzywilejowane. Przyszłe matki zwolniono z prac fizycznych. Dostawałyśmy dodatkowo jedną mleczną zupę, czasami mleko lub około 1 dkg masła czy plasterek wędliny. Niestety porcje te były bardzo małe i w dodatku systematycznie uszczuplane przez funkcyjne danego baraku. Radziłyśmy sobie w ten sposób, że bochenek chleba (ca 90 dkg) , krojony na 5 części dzieliłyśmy sprawiedliwie.  Co 5 dni jedna z nas dostawała największą porcję (np. przylepkę) i kubek mleka. Czasem te więźniarki, które nie otrzymywały paczek żywnościowych od rodzin, uzupełniały sobie braki poprzez wymianę. Za porcje margaryny można było otrzymać parę ziemniaków, a za masło jeszcze więcej. Naturalnie ten handel wymienny odbywał się nielegalnie, przez znajomości.

            Jeżeli chodzi o strukturę społeczną, to była bardzo zróżnicowana. Inteligencja, mieszczaństwo, robotnicy - wszystko zmieszane. Z początku dochodziło do sporów , kłótni, pretensji. Po jakimś czasie wspólna niedola i stałe zagrożenie przerodziły się w solidarność i wzajemne zbliżenie.

Wielką próbą dla nas była decyzja władz obozowych rozdzielenia matek od dzieci. Wyprowadzono matki do innego podobozu, a w naszym baraku pozostały tylko kobiety ciężarne i dzieci, Nieszczęsne kobiety wykorzystywały każdą okazję, aby spotkać się ze swoimi najbliższymi, co narażało je na surowe kary za niesubordynację. Matki przychodziły pod nasz blok, aby chociaż przez druty zobaczyć swoje pociechy, które wywoływały po imieniu i nazwisku. Nasz blok był otoczony drutem kolczastym.

Nie wiem co było powodem zmiany decyzji tej przymusowej rozłąki. Na początku listopada 1944 r przyprowadzono matki akurat wtedy, gdy stałyśmy razem z dziećmi na apelu. To była tak wzruszająca scena, że uznałyśmy ten fakt za prawdziwy cud.

W tym czasie, kiedy Niemcy przegrali na froncie wschodnim, a wojska radzieckie wkroczyły na teren Polski, władze obozowe starały się stworzyć pozory optymalnych warunków życia matek i dzieci z transportów warszawskich. W obozie przejściowym - Brzezince sfilmowano rozdawanie czekolady dzieciom ponoć przez jakąś organizację charytatywną. Od czasu do czasu uwalniano Polki i to nawet te, o których wypuszczenie nikt się nie starał. Ot tak, propaganda miłosierdzia! Znam dwa takie wypadki, kiedy kobiety odmówiły wyjścia na wolność. Jednej uwarunkowano opuszczenie obozu, jeśli przyzna się, że jest pochodzenia niemieckiego - drugiej, że pozostawi chorego noworodka. Pierwsza kobieta odmówiła, a w parę miesięcy urodziła córkę, która jako jedna z niewielu przeżyła, druga zaś została z maleństwem, które niestety w jakiś czas potem zmarło.

Obok tych niespodziewanych wydarzeń czas upływał zgodnie z ustalonym trybem. Pobudka, apel, sprzątanie, dokładne słanie legowisk w „kosteczkę” oraz zmywanie podłogi kawą zbożową lub ziółkami (!!), które zostały ze śniadania. Do umywalni i latryny chodziło się na sygnał. Nocą nie wolno było opuszczać baraków. W razie potrzeby korzystało się z kibelków.

Męczące były wszelkie apele. Z początku krępujące, a potem już obojętne stanie nago przed kontrolą niemiecko - lekarską. Posyłanie nas do przymusowej kąpieli mogłoby być zabiegiem pożądanym, gdyby nie to, że nie każda z nas miała mydło i nie zawsze był dopływ wody do pryszniców. Trzeba było zdać noszoną dotychczas odzież, w zamian dostawało się nową nie dokładnie odwszoną. Niemki popychały nas i szturchały, a jeśli która z nas miała medalik lub krzyżyk na szyi, zostawał on brutalnie zerwany z łańcuszkiem i podeptany. Nic więc dziwnego, że jakiekolwiek „skarby”, jeśli już wcześniej nie zostały odebrane, pozostawiałyśmy w ukryciu w baraku, będąc w obawie czy też nie zostaną odkryte i zlikwidowane.

Jak już wyżej wspomniałam Niemcy obawiali się wszelkich chorób i epidemii, dlatego też najmniejszy wyprysk na ciele zauważony podczas apelu zostawał zanotowany i podejrzaną kobietę kierowano na smarowanie maścią przeciw świerzbową. Maść ta była okropnie cuchnąca, co przeszkadzało podczas snu sąsiadkom na koi.

 Były to jednak drobne przykrości w porównaniu z zachorowaniem na tzw. „durfal” (rodzaj para-tyfusu). Choroba ta była bardzo zaraźliwa, spowodowana częstokroć piciem nie przegotowanej wody. W okresie upałów trudno było się powstrzymać od picia wody z kranów w umywalniach. Rosnąca gorączka i uporczywa biegunka były wystarczającym powodem, aby blokowa kierowała chorą na rewir. Zgodę na przeniesienie na blok szpitalny musiał wyrazić dr Josef Mengele. Dostanie się na rewir stanowiło jednak wielkie ryzyko. Z jednej strony warunki tam były znacznie lepsze: opieka lekarska uczciwego polskiego personelu, brak apeli, pojedyncze koje z pościelą (prześcieradło, koc). Z drugiej zaś strony istniało niebezpieczeństwo selekcji i skazanie na zagazowanie. Zdarzało się to nieraz wobec beznadziejnie chorych i staruszek. W odniesieniu do kobiet w ciąży takie niebezpieczeństwo raczej nie istniało z uwagi na doświadczenia dr. Mengele. Skutecznych i właściwych lekarstw antyduralowych brakowało. Leczono głównie jakąś papką (chyba bizmut) i zwęglonym chlebem. Gdy udało się zlikwidować objawy chorobowe lekarka wypisywała pacjentkę, aby uniknąć ewentualnego zagrożenia jej życia. Na powrót do macierzystego bloku trzeba było również uzyskać pozwolenie dr. Mengele.

W naszym bloku mieszkało kilkoro małych dzieci. Niektórym działo się nawet nieźle – zależało to głownie od „obrotności” matki. Ale to były wyjątki. Jednej dawnej więźniarce pozwolono zatrzymać przy sobie synka. Chłopczyk sypiał w pokoiku dla personelu blokowego. Odziany w strój więźniarski (pasiak i berecik) był dla Niemców maskotką i jednocześnie reklamą. Natomiast nasze warszawskie maluchy fatalnie znosiły warunki, w jakich się znalazły. Przestawały chodzić i mówić, cofały się w rozwoju, zapadały na przeróżne choroby i dolegliwości np. wszawicę powiek, aż w końcu znikały z naszego pola widzenia.

 Po pewnym czasie przebywania w Oświęcimiu-Brzezince zachorowałam na durfal i zostałam zabrana do szpitala obozowego na dwa tygodnie. Wtedy kilkakrotnie stawałam przed oblicze dr. Mengele:gdy funkcyjna przedstawiła mnie jako jedną z ciężarnych z transportu warszawskiego, potem podczas kontroli selekcyjnej i kiedy zgodził się na mój powrót na blok. Było to akurat w święto Niepodległości 11 listopada 1944 roku.

Krystyna Zambrzycka
Oświęcim - Numer P.84.160

...ciąg dalszy za miesiąc...